czwartek, 15 września 2011

Budapeszt

Dojechałem do Budapesztu. Zatrzymałem się na campingu Arena. Sympatycznie wygląda, bardzo sympatyczny właściciel. Na bramie wjazdowej ostrzeżenie, że terenu pilnuje zły pies. Nie wiem,jak traktuje innych, ale mnie na początku obszczekał przyzwoicie ale już po dwóch minutach lizał mnie po rękach :)
Kupiłem bilet 24 godzinny (1550 ft) więc nie tylko pochodziłem ale i pojeździłem sobie i metrem (czerwone i zółte), i tramwajem, i autobusem. Budapeszt wyładniał, przez te 20 lat jak mnie tutaj nie było. No i nareszcie można oglądać Zamek, zniszczony w czasie II wojny światowej. Komuniści go otoczyli murem i oglądało się sama bryłę z daleka. Jutro dalszy ciąg dreptania po mieście.
Moja lokalizacja: N 47° 30.225 , E 19° 9.489


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 100 km. Mapka trasy .

środa, 14 września 2011

Na północ

Po pięciu dniach moczenia się w Csokonyavisonta (zacząłem w sobotę i dzisiaj, przed wyjazdem też jeszcze posiedziałem w termach) ruszyłem na północ - kierunek Budapeszt. Po drodze do Kaposvar, zaraz za skrętem do Nagyatad, zobaczyłem kierunkowskaz prowadzący do Vidrapark, więc skręciłem. Droga ładna ale paskudna, gruntowa a raczej mocno piaszczysta, z dziurami, podjazdami - całe 2,5 km jechałem na 1 bojąc się, by Mruczek nie zatrzymał się w tym piachu, bo wtedy byłoby problem. Szczęśliwie dotarłem na miejsc, gospodarz (typowy Madziar) wytłumaczył mi po węgiersku oczywiście) ze bilet normalny kosztuje 500 ft a specjalny 1000 ft. Długo mi wyjaśniał na czym polega ta specjalność - nic nie zrozumiałem, więc kupiłem ten normalny :) Wydra była, jedna, poza tym trochę ptactwa, ryby szalejące po stawach - ogólnie sympatyczne miejsce, polecam.
Współrzędne: N 46° 13.652, E 17° 30.150

Później dalej na północ. W sumie tak wyszło, że łącznie to co w tym i zeszłym roku przejechałem, to trasa dokładnie dookoła Balatonu. Nocuje na sprawdzonym w zeszłym roku miejscu czyli stacja benzynowa koło Polgardi
Moja lokalizacja: N 47° 4.059, E 18° 18.594



Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 160 km. Mapka trasy .

wtorek, 13 września 2011

BUL BUL PLUSK PLUSK

Poranna kąpiel (a raczej moczenie się w ciepłej wodzie), śniadanie, kąpiel z masażami, spacer po okolicy, kąpiel z masażami, odpoczynek, kąpiel z masażami i na koniec dnia znowu moczenie się w ciepłej wodzie - i tak minął kolejny dzień w termach w Csokonyavisonta :)



Dzisiejsze fotki. Postój

poniedziałek, 12 września 2011

Csokonyavisonta

Nie bardzo jest co pisać, bo niewiele się działo.
Poranne pluskanie (baseny otwierają o 8.30), później śniadanko. Małe sprzątanie kampera - kiedyś trzeba ten piasek z Estonii wywalić :) Znowu baseny i wodne masaże, krótki odpoczynek, obiad, odpoczynek,. basen.
Jutro będzie podobnie :)



Dzisiejsze fotki. Postój

niedziela, 11 września 2011

Csokonyavisonta

Dzień w sumie mało ciekawy ale jakże miły. Rano najpierw małe pranko, później trochę moczenia się w termach, następnie śniadanie, krótki odpoczynek i woda, basen, termy, masaże . . . . . . .  :)
Przy dzisiejszej temperaturze (w cieniu było koło 35) zupełnie nie miałem ochoty na obiad, więc solidniejszy posiłek zjadłem dopiero koło 18.
Tak sobie dzisiaj policzyłem - w zeszłym roku, za rehabilitacje w Mielnie (zabiegi - 1/2 godziny masażu, 1/2 godziny gimnastyki indywidualnej i jakieś 10 min lasera) płaciłem ponad 100 zł dziennie. Tutaj - za nocleg i wstęp całodniowy na termy (ciepła, mocno zmineralizowana woda + różne wodne masaże w ilościach dowolnych) oraz solidny obiad z kieliszkiem dobrego rieslinga płacę niecałe 100 zł.
Rehabilitacja w kraju się po prostu nie opłaca.


Dzisiejsze fotki. Postój

sobota, 10 września 2011

Na południe

Dzisiaj miło być szybko, krótko i sprawnie a wyszło .... jak zawsze :) Najpierw zajechałem do Nagyatad, zobaczyć jeszcze raz to kąpielisko. W zeszłym roku byłem tam, ale już po sezonie i wszystko było pozamykane. Zastanawia mnie, dlaczego camping w tym mieście jest w sumie droższy niż w Budapeszcie. Jak sie policzy wszystko razem (człowiek, parcela, prąd, woda, opłata klimatyczna i wstęp na kąpielisko) wychodzi 5 tys Ft.Celowo pisze kąpielisko, bo  jest to ośrodek  prawie 3 km od centrum - a termy, osobny obiekt jest w samym sercu miasta. Ale ta cena to pewnie dlatego ze to grupa Castrum - a oni są po prostu drodzy.
Pochodziłem, obejrzałem i jadę dalej do ulubionej Csokonyavisonta. Ponieważ jedna butla gazowa powoli sie kończy wpadłem na pomysł, by podjechać na Chorwację, do Viroviticy, gdzie można nabić butlę gazową (w zeszłym roku zajeżdżałem tam dwa razy). O dziwo, w tym roku, na granicy, kamper wzbudził zainteresowanie celników - weszli, kazali szafki pootwierać, zaglądali w różne kąty. Dopiero po przekroczeniu granicy uświadomiłem sobie, że przecież jest sobota, więc ten punkt nabijania na pewno jest zamknięty, ale trudno, jadę dalej. Wjechałem do miasta i ...... zabłądziłem, Nie pamiętałem adresu i nie mogłem trafić. Krążyłem krążyłem po różnych małych uliczkach, aż zrezygnowałem i wróciłem do Madziarów. Wracając wzbudziłem oczywiście jeszcze większą ciekawość celników ale na szczęście nie wpadli na pomysł by rozbierać Mruczka :) No i wreszcie zajechałem na TermalCamping w Csokonyavisonta i chwilę tutaj posiedzę. Trzeba troche odpocząć po intensywnym cachowaniu w ostatnich dniach.

22.30

Znalazlem namiary na ten punkt nabijania butli gazowych 
Virovitica, ul. Bilogorska 24
N  45° 49.182, E  17° 22.850
Pewnie wyjeżdżając z Csokonyavisonta (a będę jechał przez Barcs) zajadę tam znowu :)


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 130 km. Mapka trasy .

piątek, 9 września 2011

Kaposvar

Świetne miejsce na nocleg w tym mieście - kamerki bankowe czuwają. Rano przeniosłem się pod termy, najpierw śniadanko, później pluskanie się. Termy nowe, niedawno rozbudowane ze starego kąpieliska ale zupełnie nie sa nastawieni na zagranicznych turystów. Cennik przy wejściu mocno rozbudowany - tylko po węgiersku. W środku napisy na toaletach i prysznicach tak samo (nie ma nawet ikonek) więc trzeba umieć odróżnić férfi od női :) Kupiłem bilet na termy - okazało się już w środku,  że oprócz trzech basenów z ciepłą wodą (trochę podobna do tej w Csokonyavisonta, bo pachnąca ropa naftowa)  nie ma nic więcej. Przejście do części z saunami wymaga innego biletu. Podobnie, widziałem z góry (bo termy są na piętrze) basen z bąbelkami i masażami (nie działały ale chyba tylko dlatego, że nikogo tam nie było), ale przejść już tam nie mogłem. 
Jak się dogadać w kasie z kobietą, jeśli ona włada tylko węgierskim ? Ale fajnie było, woda cieplutka - tez dobra. Później - cachowanie do wieczora a wieczorem spacer po deptaku i oglądanie różności z okazji festynu miodowego. Na noc wróciłem w to samo miejsce, co wczoraj, czyli pod bankiem.
Zdjęć niewiele - będzie więcej, jak będę wreszcie miał WiFi (czyli prawdopodobnie jutro).


Dzisiejsze fotki.

czwartek, 8 września 2011

Na południe od Balatonu

Dzień zaczął się pochmurnie i nawet przez chwilę trochę padało. Najpierw podjechałem do centrum Balatonboglar, pooglądałem trochę, wdrapałem się na górkę, gdzie jest kopuła z tarasem widokowym. Kopuła jest znakiem rozpoznawczym miasteczka ale nikt nie uprzedził, że jest zamknięta. Niewiele osób sie tym przejmuje, płot dookoła budowli ma już kilka sporych dziur, przez które można wejść i pooglądać panoramę Balatonu.
Później pojechałem na zakupy, to znaczy na zachód wzdłuż jeziora i do Kethely, gdzie mieszka producent wspaniałej, cudownie ostrej pasty z papryki. Zrobiłem zakupy i powoli, przez Lengyeltoti (ciekawe, skąd ta polskość w nazwie) do stolicy regionu, czyli do Kaposvar. Udało sie znaleźć miejsce na nocleg, wygląda bezpiecznie - tradycyjnie pod latarnia i dodatkowo pod czujnym okiem kamery chroniącej jeden z banków. Niestety - bez WiFI dlatego resztę zdjęć z dzisiejszego dnia podeślę, jak będę miał jakieś WiFi. Wieczorny spacer po starówce (prześliczna, polecam) skończył się w pizzerii , przy lampce różowego wina.
Moja lokalizacja: N 46° 21.460, E 17° 47.665


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 110 km. Mapka trasy .

środa, 7 września 2011

Balaton

W zeszłym roku Veszprem mnie pokonało, nie udało mi się zaparkować w rozsądnej odległości od centrum, więc sobie odpuściłem zwiedzanie starówki. W tym roku nie tylko parkowałem ale i nocowałem w samym sercu miasta :)
Na śniadanie zjechałem trochę niżej, pod McDonalda. Później dalej na południe, nad Balaton. Najpierw spacer po kurorcie Balatonfured i zwiedzanie jaskini nad tą miejscowością. jako, że byłem jedynym chętnym i pan oprowadzający mówił tylko po węgiersku - otworzył mi jaskinię, kazał uważać na niskie stropy i zostawił mnie w niej samego :) Fajnie sie tak samotnie zwiedza jaskinię szkoda tylko że taka malutka. Po wielu latach znowu byłem pod bazyliką w Tihany i napawałem się widokami z góry. Niestety, w tym roku nie udało mi się trafić na jarmark z lokalnymi wyrobami ale mam nadzieję, że gdzieś kupię te wspaniała, ostra, paprykową pastę. Przeprawiłem się na druga stronę Balatonu promem (3000 kamper + 500 człowiek), trwało to niecałe 10 minut i pojechałem w stronę Andocs, gdzie zaczyna się drugi, dłuższy Pover Trail. W ten sposób, udało mi się dojechać do Balatonboglar, gdzie stanąłem na parkingu, zaraz koło mariny.
Moja lokalizacja: N  46° 46.801, E  17° 38.936



Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 90 km. Mapka trasy .

wtorek, 6 września 2011

Bakony

Bacony, czyli Las Bakoński (Wzgórza Bakońskie) jest  uroczy. Niewielkie wzniesienia porośnięte lasem, cisza, spokój - warto się tutaj wybrać.
Rano, po śniadaniu pojechałem w stronę Baconybel kończąc w ten sposób PPT  (Papa Pover Trail). Z Baconybel pojechałem do Zirc, które nie zrobiło na mnie wrażenia. Później do Veszprem i tu się zauroczyłem. Niezwykła starówka, na którą uparłem się wjechać kamperem. Uliczki wąskie, strome, zakręty ciasne, na kilku musiałem poprawiać, bo nie byłem w stanie wykręcić Mruczkiem ale w końcu udało się i zaparkowałem pod ratuszem, zaraz koło zamku. Widoki z góry  piękne i niesamowite wrażenie na mnie zrobiła skała, która dumnie stoi w środku miasta (może raczej powinno się powiedzieć, ze miasto leży dookoła tej skały). Spacer po starówce, wyprawa pod zamek i oglądanie wszystkiego z góry zakończyło dzień. Nocować chcę tutaj i mam nadzieję, że mnie nikt nie wygoni.
Moja lokalizacja: N 47° 5.670, E 17° 54.414


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 70 km. Mapka trasy .

poniedziałek, 5 września 2011

Geocaching w okolicach Papa

Noc była upiorna - na dworze prawie 29, w kamperze ponad 30 - trudno było zasnąć, ale jakoś się wreszcie udało. Rano ruszyłem na dalsze zdobywanie skrzynek w ramach GC. Kolejna mała pętelka po okolicznych wsiach i miasteczkach. Widoczki, jak na u madziarów - kukurydza,m kukurydza i schnące słoneczniki :)  Znajdowanie skrzynek (dzisiaj znalazłem 54) przy takim upale - dzisiaj tez było i gorąco i duszno jest sporym wyzwaniem i dla mnie i dla Mruczka - biedak często musiał się posługiwać wentylatorem. Po drodze odwiedziłem tez mauzoleum rodziny Estrehazych w Ganna i pooglądałem ruiny zamku w Dobronte.
Koło 16 zjechałem do Papa, najpierw obiad w restauracji koło kąpieliska, później - do wody.
nazywanie tego termami jest wg mnie spora przesadą. ładne kąpielisko - nic więcej. W części pod dachem (bo tylko ta była dostępna wieczorem) - jeden normalny basen do pływania, drugi, do zabaw w wodzie, ale oprócz malutkiej zjeżdżalni - żadnych więcej atrakcji, Żadnych bąbelków, żadnych masaży, żadnych rur z których leje się woda - po prostu duża wanna. Woda w miarę ciepła, ale nie czuje się żadnych większych ilości minerałów.
Byłem, widziałem - wystarczy, raczej nie będę tutaj wracał. Niezrozumiałe jest tylko dla mnie, skąd taki tłumek na campingu ale widać coś ich tutaj ciągnie.
Na noc ustawiłem sie w tym samyjm miejscu, co wczoraj.


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 70 km. Mapka trasy .

niedziela, 4 września 2011

Papa

Wystartowałem w miarę wcześnie rano z Komarom, zanim słońce zaczęło bardziej dokuczać.Pojechałem przez Kisber, bo na razie staram się omijać płatne drogi. Do Csot nic ciekawego się nie działo za to później ..... zacząłem PoverTrail czyli cache koło cacha. W sumie na odcinku 40 km dość rozsądnej drogi było ich 30. Potem jeszcze w samym Papa kilka, już w większości na nogach. Znalazłem niezły parking, na przeciwko hotelu, koło straży pożarnej, tradycyjnie, pod latanią i nawet jest WiFI, więc tutaj chce nocować.
Po przyjeździe do Papa postanowiłem się zaopatrzyć w węgierska kartę telefoniczną i okazało się, że jest "ciekawiej" niż na Słowacji. Na stacji benzynowej skierowano mnie do dużego domu handlowego, tam, w kiosku z gazetami kobieta poinformowała mnie , że kart telefonicznych z nr, nowych nincs, czyli nie ma. Szczęśliwie znalazłem jakiś firmowy punkt sprzedaży komórek, wchodzę, kolejna mila dziewczyna, która trochę po angielsku rozumie ale mówić nie potrafi zajęła się mną. Dogadaliśmy się, że owszem, mogę kupić taką kartę, będę miał w ramach pierwszej opłaty ok 600 MB transmisji więc zaczynamy transakcję. Karta kosztuje 3990ft (ok, 70 zł) w tym do wykorzystania będzie 3000ft - trochę drogo ale trudno, niech będzie. pani oczywiście spisała mnie z Dowodu Osobistego ale brakowało jej jeszcze kilku niezbędnych danych - imiona rodziców oraz adres zamieszkania ........ na terenie Węgier :) Na szczęście nie robiła problemu i wpisała jakiś adres dostałem 4 kartki A3 do podpisania (nie muszę chyba dodawać, że wszystkie tylko po węgiersku), zapłaciłem te prawie 4000 ft i wyszedłem śmiejąc się.
Moja lokalizacja: N 47° 19.638, E 17° 27.831


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 120 km. Mapka trasy .

sobota, 3 września 2011

Dalej Komarno

Rano, korzystając z jeszcze w miarę rozsądnej temperatury (24) poszedłem na spacer po mieści. Przy okazji "zaliczyłem" trzy cache, wypiłem kawę mrożoną na Placu Europy i wróciłem na camping.
Coraz cieplej, więc tylko woda może pomóc. Na basenie skusiłem się na Langosa, obficie wysmarowanego czosnkiem i śmietaną. Pychota :) Niestety przy temperaturze powietrza ponad 30 stopni (cieniu) wchodzenie do basenu z woda około 37 stopni nie jest najlepszym pomysłem. Czułem się trochę jak kurczak w rosole. odpoczynek, pluskanie w otwartym basenie (woda trochę zimniejsza, ale tylko trochę), drzemka na trawie, w cieniu - leniwy dzień po prostu.
Na 17 poszedłem znowu  do starego centrum pooglądać dzisiejsze występy. Wczoraj był dzień słowacki, dzisiaj, można powiedzieć węgierski, chociaż tutaj na ulicy słowackiego prawie w ogóle nie słychać.


Dzisiejsze fotki. Postój.

piątek, 2 września 2011

Komarno

Plany są po to, żeby je zmieniać !!

Miały być Węgry, miejscowość Papa - jest Komarno, jeszcze na Słowacji. Po spokojnej nocy wcześnie rano wyjechałem. I TomTom (czyli moja Jadzia) i Google Map przekonały mnie, że krótsza droga do Papa będzie przez Komarno/Komarom. A że tam były pewnie geocachingowe zaległości z zeszłego roku - nie protestowałem. Po drodze wzdłuż Dunaju, w miejscowości Žitava (Zsitvatoroki béke) jest pomnik poświęcony podpisaniu umowy w roku 1406 między władcą ottomańskim a Habsburgami.
Zajechałem do Komarna, zaparkowałem i idę nadrabiać zaległości, ale widzę, że coś się szykuje. Stawiane są budy, stoliki, ławy, parasole. W oczy rzucił mi się taki plakat:

Więc niewiele myśląc zmieniam plany i zamiast jechać dalej - zostaje w Komarnie na te święto wina:) W zeszłym roku nocowałem po węgierskiej stronie Dunaju, w Termal Camping, ale to trochę daleko na pieszy powrót z takiej degustacji :) W słowackiej części miasta też są termy i jest przy nich autocamping wyglądający rozsądnie (sanitariaty na miejscu, serwis kampera też) i cena przyzwoita. No i praktycznie dwa kroki od placu na którym będzie ten festyn. Trzeba będzie zaraz pooglądać te termu (dla mieszkańców campingu wstęp wliczony w cenę), a później na festyn, żeby mi nie wypili całego Olasz Rieslinga :)
Moja lokalizacja: N 47° 45.447, E 18° 08.170

Film z takiego święta z 2009 roku. 

Ta popularna ludowa piosenka powie wszystko :) 


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 50 km. Mapka trasy .

czwartek, 1 września 2011

Do końca Hronu

Noc w Novej bani przeszła spokojnie, chociaż koło 23 już się szykowałem na zmianę miejsca. Niby parking w samym centrum ale bez oświetlenia, stałem w półmroku, niedaleko był czynny całą dobę salon gier i do północy kręcili się w pobliżu podpici panowie. Szczęśliwie dla mnie, swoje frustracje wyładowali na kosztu od śmieci a nie na Mruczku i w sumie zostałem na miejscu. Z samego rana przeniosłem się niżej, na parking koło Lidla, tam śniadanko i poranne oglądanie mapy. Zgodnie z wcześniejszymi planami - kierunek Sturovo i Esztergom czyli wzdłuż Hronu. Nie planowałem, ale tak wyszło - cały czas przez Słowację jechałem zgodnie z biegiem tej rzeki - od jej źródeł do ujścia do Dunaju.
Późny obiad w Sturovie - znowu knedliki ale dochodzę do wniosku ze tylko Czesi potrafią zrobić na prawdę smaczne knedliki,. Te tutaj - wyglądają ładnie, ale smakują trochę jak papier, no i ta minimalna ilość sosu w potrawie powoduje to, że trzeba je jeść praktycznie suche, a to już jest straszne.
Po krótkim odpoczynku poobiednim - przejechałem na madziarską stronę i poszedłem oglądać bazylikę i wzgórze zamkowe. Widoki z góry - niezapomniane.
Na noc wróciłem do Sturova, stoję na parkingu nad samym Dunajem, na przeciwko Bazyliki. Mam nadzieję, ze nie będę miał tutaj w nocy problemów - już pod wieczór policja tutaj zaglądała, więc pewnie pilnują cały czas.
Oglądając mapę i trasę na jutro (chce dojechać do Papa u Madziarów) wygląda na to ze pojadę jednak przez dalej Słowację, aż do Komarna i tam dopiero już ostatecznie wjadę na Węgry - tak jest po prostu krótsza droga. Ale kto wie, co mi przyjdzie do głowy rano :)
Moja lokalizacja: N 47° 47.914, E 18° 43.617


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 100 km. Mapka trasy .

środa, 31 sierpnia 2011

Dalej na południe

Na koniec pobytu w Kremnicy zostawiłem sobie najciekawsze miejsce, czyli Muzeum monet  i medali. Zbiór mają na prawdę fascynujący - od starych rzymskich okazów po współczesne euro. Miedziane, srebrne, złote - echhhh, jest co oglądać. Jest tez spora kolekcja banknotów jakimi posługiwano się na terenie obecnej Słowacji, wiec korony, forinty i różne zastępcze w okresach przejściowych (np korony Czechosłowackie z nalepkami że to słowacki banknot). Oglądanie tych cudów zajęło mi prawie dwie godziny.
Jadąc dalej na południe zboczyłem 5 km w bok od planowanej trasy i zajechałem do Vyhne. Byłem tam w zeszłym roku ale przyjechałem za późno i kąpielisko szumnie nazwane Vodny Raj już było zamknięte. Teraz miałem więcej szczęścia. Kupiłem bilet na godzinkę (2,10E), dostałem nowoczesny elektroniczny "zegarek" jak bywają w innych termach i idę się rozbierać. Z ubraniem w ręce szukam szafki, ale wszystkie na moje przykładanie "zegarka" do zamka mrugają tylko czerwoną lampką. Wreszcie jakaś Słowaczka mi wytłumaczyła, że mam "zły zegarek", muszę iść do kasy, dopłacić 1E i dostane taki, który otwiera szafki.Wrrrrrrr, nie lubię takich sytuacji. Samo kąpielisko nie jest jakieś specjalnie ciekawe - ładnie położony basen, podzielony na kilka kawałków (do pływania, do zabawy, dla dzieciaków starszych), piękne widoki ale woda średnio ciepła. Jedynym plusem (z mojego punktu widzenia) jest świetny, solidny masaż pleców - bardzo silny strumień dosłownie zbija z nóg.
Wymasowałem się, pomoczyłem i pojechałem dalej, do Novej Bani - tutaj mam zamiar nocować. Znalazłem miejsce parkingowe w samym centrum, pod pomnikiem SNP, koło Urzędu Miejskiego. Radiowóz policyjny już dwa razy mijał Mruczka i nie reagował, więc chyba wszystko jest OK.
Moja lokalizacja: N 48° 25.470, E 18° 38.375


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 60 km. Mapka trasy .

wtorek, 30 sierpnia 2011

Kremnica

Rano doszedłem do wniosku, że przy takiej ślicznej pogodzie nie ma sensu siedzieć w mieście, w murach więc "skoro świt" czyli o 10 wyruszyłem w drogę. Na okolicznych górkach pozakładano sporo różnych cachy, było więc w czym wybierać. Wybrałem pasmo na przeciwko wzgórza zamkowego, na którym jest Kalwaria i kilka szlaków poświęconych starym kopalniom złota. W sumie przeszedłem ok 10 km ale sporo było pod górę (później oczywiście w dół) więc trochę się nachodziłem.
Miałem tez okazje pooglądać z duże zapadlisko Šturec, długość ok 700 m szerokość 250 m głębokość do 160 m. Północna ściana ma 80 metrów wysokości i jest widoczny z daleka. Zapadlisko powstało w 1443 roku kiedy zapadły się kopalnie w wyniku trzęsienia ziemi. Zginęło wtedy około 500 górników.
Trasa po górkach ciekawa, dość dzika i nie wydeptana więc chodziło się po niej bardzo przyjemnie a widoki na kotlinę i okoliczne górki - wspaniałe. Około 14 zszedłem na dół, do miasta, zwiedziłem ekspozycję w Mennicy i zjadłem obiad. Dzisiaj był otwarty inny lokal, w sumie bardziej jadłodajnia niż zwyczajna restauracja. Serwują tylko tzw MENU czyli standardowe zestawy - jedna zupa i kilka drugich dań do wyboru. Na moje szczęście był tez zestaw z knedlikami :). Sam obiad kosztuje 3,50E - ja, z piwem, zapłaciłem 4,40E więc bardzo przyzwoicie. Koło 17 poszedłem się pomoczyć. Dzisiaj te fontanny praktycznie nie działały, ciśnienie było bardzo słabe a woda jakaś dziwnie chłodna. Cóż to za termy, jeśli siedzę w wodzie zanurzony po czubek nosa i jest mi zimno.
Trasa dzisiejszego spaceru po górach wygląda tak:


Dzisiejsze fotki. Postój

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Słowacji ciąg dalszy

Po nocy spędzonej w miarę spokojnie (nie licząc pociągów dudniących po moście i odgłosów myjni samochodowej) pojechałem do Zvolenia. Zaparkowałem na parkingu w centrum i dopiero czytając kwit parkingowy, że mam opłacone parkowanie do wtorku, do 10, przypomniałem sobie, że przecież dzisiaj na Słowacji jest święto, rocznica SNP i miedzy innymi parkingi są bezpłatne. Połaziłem trochę po centrum, zamek obejrzałem z zewnątrz (w poniedziałki i wtorki zamknięty) i pojechałem dalej, w kierunku Kremnicy. Jako że nie mam ochoty płacić 7E za jazdę po drogach ekspresowych bo niewiele będę z nich korzystał, kazałem "Jadzi" znaleźć drogę bezpłatną a ta znalazła....... szkoda gadać. Widoczki były prześliczne, ale na podjazdach Mruczek rzęził na 1 i nawet ludzie na rowerach mnie wyprzedzali, pod górę.
Dojechałem do Kremnicy, camping, jak w zeszłym roku stoi otwarty, obsługi nie ma ale na szczęście byli jacyś ludzie, więc mając pewność, że będzie gdzie zanocować pojechałem do centrum tam zaparkowałem (już nie płacąc) i poszedłem zwiedzać. Muzea dzisiaj oczywiście zamknięte więc poszedłem na górę, pooglądać kościół św Katarzyny i to co zostało z dawnego zamku. W połowie podejścia jest informacja, że bilet kosztuje 2E ale przy kasie już trzeba zapłacić 2,86E. Widoczki z góry warte by się tam wdrapać.
Obiad zjadłem na dole i stwierdziłem ze Słowacja stała się nieprzyzwoicie droga. Smażony ser (specjalność słowacka), z frytkami i półlitrowa Cofola - 7E. Inne dania były jeszcze droższe. Na wiosnę, w Czechach, jadałem dwa razy więcej, płacąc dwa razy mniej.
Po obiedzie jeszcze mały spacer i przejazd na camping. Miał być niby taki tani a wyszło standardowo - za dwie noce zapłaciłem 20E (z prądem). Sanitariaty są ładne, czyste, jest kuchnia ogólnie dostępna, ale serwis kampera nie istnieje. nie ma gdzie wyprowadzić kota, nie ma gdzie wylać szara wodę, jak się zapytałem pani z obsługi, gdzie mogę sobie nalać czysta wodę do kampera - pokazała mi zlew na powietrzu czyli będę musiał nosić konewką.
  Fakt, w cenę jest wliczony wstęp na termy, ale te termy to tez nic specjalnego. Duża wanna z ciepłą wodą, to wszystko, Żadnych atrakcji dla dzieciaków (nie licząc małej chyba 3 metrowej prostej zjeżdżalni) i czegoś na kształt fontanny - nie masuje tylko lekko łaskocze skórę. 
gdyby nie te muzea - monet i medali, muzeum miejscowej mennicy - żałowałbym, że tu przyjechałem.
Moja lokalizacja: N 48° 41.550, E 18° 54.806


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 60 km. Mapka trasy .

niedziela, 28 sierpnia 2011

Ježíš Maria Švejku !!

Dzień zaczął się spokojnie, pochmurne niebo ale nie padało, więc można było się wybrać na zwiedzania Popradu przed zaplanowaną wodna bitwą. Połaziłem sobie trochę po różnych zakamarkach i o 13 zaparkowałem przed fontannami gdzie był zaplanowany event. Spotkałem kolegę z Holandii, który juz sie przygotowywał do zabawy. Kilka minut przed 14 w fontannie usiadły pierwsze osoby, ale spokój trwał bardzo krótko, i zaczęła się wodna bitwa. Na zakończenie tradycyjne zdjęcie grupowe i później kolejka do wpisywania się do logbooka.



Po całej tej zabawie ruszyłem dalej, w drogę. Przez Murań (niestety, do zamku trzeba iść godzinkę na piechotę, więc zrezygnowałem) do Brezna. Wymyśliłem sobie, że tam gdzieś zanocuję. Plac centralny w remoncie i wszędzie zakazy ruchu i parkowania, podjechałem więc pod BILE. W BILI kupiłem kartę telefoniczną O2 i cały szczęśliwy że wreszcie będę miał internet na każdym parkingu zabrałem się za konfiguracje połączenia.Walczę, walczę i nic nie wychodzi więc przeczytałem jeszcze raz, dokładnie ulotkę informacyjną a tam napisali, ze żeby karta była aktywna muszę zadzwonić pod podany numer i ja aktywować. Dzwonię więc, a tam najpierw automat zaczyna mi przypominać kilka punktów z regulaminu (gruba broszurka z nim jest w pakiecie) i następnie włączyła się miła dziewczyna, operatorka i zaczynamy rozmowę. Dopiero po chwili dociera do mnie w czym problem. Okazuje się, że aktywacja takiej prepaidowej karty polega na ....... spisaniu z dowodu lub paszportu danych personalnych. Nie ma anonimowych kart.

Ježíš Maria Švejku !! 
Odmłodniałem o 30 lat, poczułam się jak w dawnej Czechosłowacji, 
w dawnym obozie, w dawnym ustroju :) 

Okazuje sie dalej, że takie spisanie może oczywiście odbyć się tylko osobiście, muszę się zgłosić do dowolnego punktu O2 i tam mnie spiszą. Jest niedziela, wieczór - pytam się więc miłej dziewczyny JAK mam to robić, bo chce z karty korzystać JUŻ. W odpowiedzi usłyszałem, że najbliższy czynny jeszcze (do 21) taki punkt jest w Banskiej Bystricy - tylko 40 km od Brezna. Szczęśliwie, jest  to po drodze w moich planach więc szybko odpaliłem Mruczka i w drogę. Znalazłem centrum handlowe Europa, a w nim punkt O2 ale niespodzianek nie koniec. Za kartę zapłaciłem 3,49E z czego do wykorzystania zostało 1,83. Najtańszy pakiet internetowy (500MB) kosztuje 6E, średni - (1 GB) 8E lub największy (2 GB) 11 E. I te kwoty muszę dopłacić by w ogóle móc korzystać z internetu. Jedno jest pocieszające - karta (i numer) ważne są 13 miesięcy, więc ewentualnie, w przyszłym roku po prostu dopłacę kolejne 8E i znowu będę miał 1GB transmisji.
Na noc zatrzymałem sie na jakiejś stacji benzynowej w Banskiej Bystricy.
Moja lokalizacja: N 48° 44.089, E 19° 09.499


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 140 km. Mapka trasy .

sobota, 27 sierpnia 2011

Słowacja

Noc przeszła spokojnie, ale to już górki, wiec w nocy temperatura spadła do 14 stopni. Zapowiada się kolejny ciepły i słoneczny dzień. Plany się trochę zmieniają (jak to u mnie) - jadę do Popradu. Po pierwsze - jest tam sporo geocachy, a po drugie, jutro, o 14 ma się tam odbyć Wodna Bitwa czyli Flash Mob Event. Warto to chyba pooglądać :)

16:00

Przejechałem przez granicę bez kłopotów, kolejek żadnych nie było, może dlatego, że nie jechałem przez Łysą Polanę ale przez Jurgów. Za granicą, koło jakiegoś ośrodka narciarskiego, w miejscu z prześlicznym widokiem zjadłem śniadanko. Następny przystanek - Belianska Jaskinia. jest to jedyna tatrzańska jaskinia udostępniona do zwiedzania. Od parkinu przy drodze spory kawałek na nogach i to ostro pod górę trzeba się wydrapać do wejścia do jaskini. Po samej jaskini trasa turystyczna ma ok 1300 m i trzeba pokonać ponad 800 schodów, co przy każdym postoju przypominała przewodniczka. Zdjęć z samej jaskini nie mam (bilet 7E a za możliwość robienia zdjęć  - 10E) ale warto tam się wdrapać i pooglądać.
Po zdobyciu jaskini przejechałem przez Tatrzańska Łomnicę. Według map i informatorów słowackich powinny tu być trzy campingi. Czynny jest tylko jeden, drugi zamknięty na głucho i zarośnięty wysoka trawą. Po trzecim został tylko znak drogowy i resztki rozwalających się domków. Widać, że był ładny ale teraz to kompletna ruina. Ten czynny wygląda też smętnie - puste, gołe pole, w środku sanitariaty pamiętające poprzedni ustrój. Cennik mają ciekawy - za postawienie kampera 3,5E. Można powiedzieć, że cena bardzo przystępna, ale trzeba czytać dalej. Za każda osobę dorosłą - 3,5E, za podłączenie do prądu też 3,5E i jeszcze opłata klimatyczna 1E od każdej osoby.. Czyli ja gdybym tam chciał nocować i podłączać się do prądu zapłaciłbym 11,5E co już nie jest dobra ceną, zwłaszcza patrząc na standard tego campingu.
Wjeżdżając do Popradu skręciłem do Spišskiej Soboty - stare zabytkowe miasteczko objęte ochroną (w 1950 ogłoszono ją miejskim rezerwatem zabytków.), ładnie odremontowane odlizane. W środku "krzywa wieża" i wiele różnych pensjonatów, restauracji itp ale ludzi jak na lekarstwo. jeden z pensjonatów ma wolne WiFi, więc korzystam.

21.00

Połaziłem sobie trochę po Popradzie, miasto jakby opustoszało (upalna sobota), tylko w Aquaparku tłumy jak w mrowisku :) Kilka cachy znalazłem, widziałem nawet  innych polskich geocacherow. Robili taki hałas i rumor, że wszyscy dookoła słyszeli, że to Polacy szukający jakiegoś pudełka. Na noc wróciłem do Spišskiej Soboty, stoje sobie pod pensjonatem Korona.
Moja lokalizacja: N 49° 3.975, E 20° 19.057


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 60 km. Mapka trasy .