czwartek, 18 października 2012

Csokonyavisonta - dzień 5

To jedno zdjęcie powinno powiedzieć wszystko.


Słoneczko, cisza, spokój, termalny basen, knajpa na miejscu ....... :)

19:00
No i stało się to, czego obawiałem się od dawna. Wylałem herbatę na komputer. Szczęśliwie zawartość jest zabezpieczona przed takim wypadkiem, ale nie klawiatura. Na razie rozebralem go i suszę klawiaturę, ale w sukces nie wierzę. Szczęśliwie mam też inny sprzęt pozwalający na połączenia z internetem.


Dzisiejsze fotki.

środa, 17 października 2012

Csokonyavisonta - dzień 4

Kolejny spokojny dzień w Csokonyavisonta. Śniadanie, kąpiele, odpoczynek, obiadek, odpoczynek, kąpiele, kolacja .....


Rano było mglisto, jesiennie ale teraz słoneczko ładnie świeci, lekki wiaterek i pewnie zaraz pójdę na jakiś spacer.




Dzisiejsze fotki.

wtorek, 16 października 2012

Csokonyavisonta - dzień 3

Wczorajsze przebłyski słońca przeszły do historii - pada, wręcz leje, ale oglądając mapę satelitarną chmur - wygląda na to że po południu znowu może być ładnie. Przebiegłem się rano do sklepu po świeże bułki i herbatę, (bo zapas mi się już kończy), jem śniadanie i obserwuję ciekawy widok - ludzie w szlafrokach paradujący pod parasolami :)

12:00
Mnie się udało pójść na basen bez parasola - jakoś trafiłem między kolejnymi falami deszczu. Ledwie wróciłem do kamperka - rozpadało się znowu. Zaraz zabieram się do robienia obiadu. Dzisiaj będzie coś takiego - z polską kasza gryczaną.


15:20
Okazało się, ze w puszce są flaczki, w sosie typu leczo ale leczo węgierski czyli bardzo ostre :) Smaczne ale dla miłośnika takiej kuchni. Pogoda nie może się zdecydować, przez chwilę nawet świeciło słoneczko ale teraz znowu niebo zasłoniły chmury i pewnie przyjdzie kolejna fala deszczu.



Dzisiejsze fotki.

poniedziałek, 15 października 2012

Csokonyavisonta - dzień 2

Wczoraj wieczorem nawet kawałek błękitnego nieba było widać ale dzisiaj, od rana - pochmurno, wieje. Na szczęście trochę cieplej.
Wczoraj wieczorem postanowiłem sprawdzić co bracia madziarzy dają w swojej TV i trafiłem na coś pięknego - zarejestrowany dla TV występ Węgierskiego Teatru Jeździeckiego. Śpiewali oczywiście po węgiersku ale balet i muzyka jest międzynarodowa.Był to typowy musical, z tym, że część śpiewaków śpiewała siedząc w siodle (konie nie śpiewały). I co chwila odbywały się jakieś galopy po dużej, przygotowanej do tego scenie. Występ nadawała telewizja DUNA - opisała go tak (podaje w oryginale, po węgiersku, bo to co robi tłumacz G z tego tekstu jest mało czytelne)

DUNA SZÍNHÁZ   Az utolsó betyár - A Magyar Lovas Színház előadása felvételről 
Az utolsó betyár a Magyar Lovas Színház idei évadának nagyszabású bemutatója, mely a legendás betyárvilág korából meríti történetét. A Márkos Attila által írt forgatókönyv és szöveg kiváló jellemábrázolással és fordulatos módon mutatja meg Jóska, a betyár személyiségének átalakulását. Drámai feszültséggel, hármas szerelmi kalanddal, időnként humorral jelenik meg a Magyar Zorro, avagy Robin Hood betyár-alakja. A látványos lovas jelenetek, szekérrablások, táncok csak fokozzák a hangulatot. Szűts István a Kormorán együttes zeneszerzője, kiváló népi ihletésű rockzenét szerzett a darabhoz, amely nagyszerűen harmonizál a történettel. A harminc lovast és lovas szekereket felvonultató előadás parádés szereposztással került bemutatásra. A pirotechnikai látvánnyal kiegészülő, közel százszereplős előadás maradandó élményt nyújt a nézők számára, amire Pintér Tibor rendezése a garancia.
Főbb szereplők: Pintér Tibor, Janza Kata, Vadkerti Imre, Gesztesi Károly, Papadimitriu Athina, Sipos Imre, Várfi Sándor, Fehér Nóra, Szabó Dorottya, Bencze Sándor, Márkos Attila

Na razie się najadłem i odpoczywam, ale za chwilę idę się moczyć. Cóż innego można robić w taka pogodę ?




Dzisiejsze fotki.

niedziela, 14 października 2012

Csokonyavisonta - dzień 1

Od razu człowiek się lepiej czuje, jak się pomoczy w wodzie śmierdzącej ropa naftową :)
Na campingu w tym roku najwięcej jest rejestracji z Austrii, trochę mniej Niemców, dwóch Węgrów i nawet znalazł się Duńczyk. Polskę ja reprezentuje. Ale towarzystwo w tym roku jakieś takie leniwe, 0 8:10 byłem jedyna osoba na basenie, dopiero później zaczęli się schodzić inni.
Pani Zuza, szefowa przywitała mnie jak starego znajomego, jak stwierdziła że stoi polski kamperek, to na pewno jestem ja - w sumie jestem tu już po raz czwarty. W ramach znajomości i przyjaźni polsko-węgierskiej zapisała, że przyjechałem dzisiaj, więc kolejna noc miałem za darmo :)
Zdjęć na razie nie ma żadnych - wymoczyłem się, idę robić śniadanie (jajecznica z papryką).

10:20
Kilka fotek już jest do oglądania.


Okazało się, że jednak nie jestem jedynym Polakiem teraz tutaj - w drugiej części stoi przyczepka z wrocławskimi numerami.




Dzisiejsze fotki.

sobota, 13 października 2012

W drodze

Darmowy nocleg w Serbii - zaliczony :) TIRy nawet zbytnio nie hałasowały. Pogoda od rana - paskudna, mokro, sennie, chmury leżą praktycznie na ziemi. Przy takiej pogodzie nic się nie chce, a na pewno coś zwiedzać i oglądać. Do Csokonyavisonta mam ok 350 km więc pewnie kolejny dzień w drodze.

19:30
Drugi, kolejny cały dzień spędzony za kółkiem.Wczoraj cały czas po nudnej autostradzie, dzisiaj pół na pół.
Wczoraj za odcinek z NISzu do Belgradu zapłaciłem 10 E, za odcinek z Belgradu do granicy z Chorwacja kosztował 5 E a odcinek w Chorwacji droższy - 8 E czyli łącznie ok 100 zł.
Pogoda, jak widać na zdjęciach - paskudna, senna.Dojechałem do swojej ukochanej Csokony, postawiłem Mruczka i pobiegłem się umyć i wymoczyć. Trafiłem niestety na wymianę wody ale jeszcze chwilę miałem. Jutro prawdopodobnie będzie i w budynku i pod wiatą nowa woda, nalewali też świeżą wodę do basenu z hydromasażami.
Po kilku dniach cowieczornego szukania miejsca na nocleg, dwóch dniach jazdy - należy mi się kilka dni lenistwa  i odpoczynku więc będzie mokro i nudno :)




Dzisiejsze fotki.

piątek, 12 października 2012

Bułgaria - Serbia

Plan minimum na tegoroczną Bułgarię wykonałem. Jadę na północ.Wstępnie planowałem nocleg w Belgradzie na znanym mi już campingu w celu podładowania akumulatora pokładowego, bo dzisiaj rano już mrugał do mnie czerwona kontrolką. Ale po całym dniu jazdy (około 450 km) podładował się nieźle, mam dwie zielone, więc postanowiłem nie wydawać tych 50 zł i nocuje na stacji benzynowej, całodobowej, ok 30 km przed Belgradem.
W Bułgarii od rana było pochmurno a zaraz po przekroczeniu granicy z Seria rozpadało się i pada cały czas.
Jutro najprawdopodobniej skręt na zachód i przez Chorwację do . . . . . Csokonyavisonta :)
Muszę się przyznać, że mnie trochę zmęczyła Bułgaria. Nie bardzo wiem, co mnie w niej kiedyś tak zauroczyło (oprócz oczywiście kuchni, która nadal mi bardzo smakuje). Jeździ się tutaj nieciekawie, kodeks drogowy jest stosowany teoretycznie, każdy jeździ jak chce, parkuje gdzie chce.



Dzisiejsze fotki.

czwartek, 11 października 2012

Bułgaria

Noc minęła spokojnie, chociaż szybko, taki jest efekt noclegu przy głównej ulicy.


Chyba polubię MCD, nie za jedzenie, bo nie przepadam ale za możliwość nocowania kamperem na ich parkingach. Prawie wszędzie jest to możliwe (prawie, bo w Białymstoku trzeba mieć kwitek kasowy albo się płaci za parkowanie).
Nie będę pisał o dzisiejszych planach - pewnie znowu się zmienią.

19:40
Zrezygnowałem z poznawania Sofii i pojechałem wzdłuż rzeki Iskar, mijając po drodze sztuczne jezioro o tej samej nazwie do Samokowa. Kolejna śliczna trasa wijąca się między skałami.W Samokowie obejrzałem zabytkowa duża, murowana studnie w centrum i zabytkowy zamieniony w muzeum meczet.


Później na zachód, do Dupnicy, gdzie  tez jest zabytkowy meczet, stara dzwonnica i śliczna cerkiewka.


Kolejny etap a raczej przysłowiowa wisienka na torcie - Rylski monastyr. Droga E 79 jeszcze nie wyremontowana, więc sporo dziur, ale jedzie sie spokojnie. Najpiękniejsze widoki Riły są z drogi dojazdowej z E 79 do miejscowości Rila - cała panorama i zdjęcia tego nie oddadzą.  Później jeszcze trzeba się wspinać w góre prawie 20 km do samego monastyru.


Monastyr świeżo odremontowany, jeszcze kończą prace renowacyjne, więc wygląda wyjątkowo elegancko.
Chram (cerkiew) monastyrska - bajka, w środku cała wymalowana tak jak na zewnątrz, niestety - zdjęć robić nie wolno. Połaziłem, pooglądałem - echhhh, piękna jest.
Nocować postanowiłem tutaj, ale pod monastyrem nie ma WiFi. Zjechałem więc niżej, niecałem 3 km - jest hotelik, jest WiFi. Od razu zapytałem się właściciela, czy mogę stanąć na noc na jego parkingu - zgodził się beż żadnych problemów.
Siedziałem sobie w kamperku przy otwartych drzwiach, robię kolejna herbatę i czuję, że coś się ociera o moje nogi. Okazało się, że fajny rudy kocurek wszedł do środka, przywitał sie ze mną, zwiedził cały pojazd a na koniec ułożył sie na kanapie i zaczą przygotowywać do snu, Spodobało mu się u mnie :)


Niestety, musiałem go wyprosić, co mu się nie spodobało, ale trudno.


Dzisiejsze fotki.

środa, 10 października 2012

Stara Płanina

Spało się nieźle ale krótko. O godzinie 6 czasu bułgarskiego (czyli o 5 polskiego) zaczęła jeździć maszyna do sprzątania która cicha nie jest.


Pojawił się pan parkingowy, z uśmiechem przypomniał mi, że za wczorajszy dzień powinienem zapłacić 3 lvl i za dzisiaj jeszcze 2 lvl - zapłaciłem, "oczywiście" bez żadnego kwitu. 

Jeszcze jedna herbatka i zbieram się powoli. Plany na dzisiaj następujące: najpierw Berkovica (obok niej jest Klisurski monastyr) później powrót na główna drogę i Vraca a tam i wodospad i ciekawe muzeum..
Dalej Mezdra w której chyba nie ma nic specjalnie ciekawego a na nocleg chciałbym się zatrzymać  w Czerepińskim monastyrze. Tam pewnie WiFi nie będzie, więc ile w trasie wyśle, tyle będzie a dzisiejszy dzień pewnie uzupełnię dopiero jutro

20:15
Plan tradycyjnie uległ pewnym modyfikacjom. Ale po kolei. Klisurski monastyr zrobił na mnie duże wrażenie, jest to zresztą jeden z największych w Bułgarii. Na pewno warto go odwiedzić będąc w okolicy.


Vraca, jak inne bułgarskie miasta jest męcząca, ulice pozastawiane samochodami, każde wolne miejsce w centrum to płatny parking ale bez ładu i składu - parkujesz gdzie się da, przychodzi parkingowy, pobiera opłatę i już. Przejechałem przez centrum kilka razy nim wreszcie trafiłem na rozsądny (płatny oczywiście) parking, gdzie dało się zatrzymać Mruczkiem. Muzeum nie znalazłem, zresztą doszedłem do wniosku ze znaleziska i ta lepiej się będzie oglądało w internecie :) Podjechałem za to do wspaniałego przełomu, bramy skalnej do Vraca. Zdjęcie nie oddają ogromu tych skał a widok zapiera dech w piersiach.


 Sam Czedfrepiński monastryr ładnym zadbany ale jakoś nie zrobił na mnie większego wrażenia. Może dlatego ze dojazd do niego jest fantastyczny, białe wapienne skały wyrastające dookoła, droga prowadzi przez kilka tuneli przebitych w skałach. Dla tej samej drogi dojazdowej na pewno warto tu się pojawić.


Nocleg planowałem w tym monastyrze ale że była dopiero 15 postanowiłem jechać dalej i zanocować w Sofii. Wcześniej, po długich poszukiwaniach znalazłem namiary na camping, chociaż na oficjalnej stronie campingów bułgarskich o tym, ani słowa. Znalazłem dwa zdjęcia w sieci, ze współrzędnymi GPS i tak  do niego trafiłem. Z zewnątrz wygląda nieciekawie, jak sprzed kilkudziesięciu lat. Na portierni pytam czy maja WiFi - okazuje się że nie ( jedyny camping w stolicy bez internetu ?) za to za nocleg chcieli 40 leva (czyli 80 zł). Wypatrzyłem wcześniej przy jednej z głównych ulic MC Donalda (24 h) i tutaj planuje nocować.



Dzisiejsze fotki.

wtorek, 9 października 2012

Stara Płanina

Rano dopadł mnie pan parkingowy, bo parking płatny od 8 do 18 i kazał zapłacić "jedno lewcze", oczywiście bez żadnego kwitka. Zapłaciłem i poszedłem na piechotę zwiedzać twierdzę. Widoczki prześliczne i na Belogradczik i na cały masyw skałek.


Wracając do kamperka kuipiłem kolejna porcje skary - tym razem i kebabczeta i kiuftety - MNIAM MNIAM. Zjadłem to drugie śniadanie i w drogę, w dół w stronę campingu Madona, gdzie wcześniej planowałem nocleg. Od Belogradczika oddalony jest o ok 14 km i w sumie nic ciekawego tam nie ma, duży budynek hotelowy i plac gdzie można stanąć kamperem czy rozbić namiot. Lokalizacja raczej bez sensu. Mimo, że mnie gospodyni namawiała, pojechałem dalej, wzdłuż rzeki Lom a później rzeki Ogosta. trasa prześliczna, malownicza, droga niezła. Zajechałem do Ciprovskiego monastyru gdzie, wg przewodnika, każdego dnia popi śpiewają pieśni uzdrowicielskie a miejsce słynie ze swojej uzdrowicielskiej mocy.


Popiłem wody z cudownego źródełka, pooglądałem i pojechałem dalej, do Montany. Znalazłem świetne miejsce, w samym centrum, koło kilku banków, parking płatny jak w Belogradcziku, tzn od 8 do 18. W restauracji obok poszalałem (za 30 zł ) i zjadłem tatator, szopska sałatkę i jakiegoś kurczaka  w sosie pomidorowo-cytrynowym. Nie chce mi się jechać dalej, tutaj zostaję na noc.




Dzisiejsze fotki.

poniedziałek, 8 października 2012

I już Bułgaria

Najpierw długo jechałem nudną autostradą, na koniec tej jazdy jeszcze kazali sobie za to zapłacić - echhhh :)
Później już zaczęło być ciekawiej. Droga z Paracin do Zajecar dobra, właśnie ją kończą robić. Po drodze kilka tuneli. Mijałem ślicznie wyglądający z daleka  monastyr Bogurodzicy ale droga dojazdowa nie wyglądała zachęcająco więc zrezygnowałem. Zdjęć tez nie miałem jak zrobić. Po drodze, jeszcze w Serbii zajechałem do starych rzymskich ruin udostępnionych zwiedzający - typowa zbieranina kamieni poukładanych współcześnie od nowa.


Później granica. Juz zapomniałem jak to kiedyś wyglądało. Serbowie doszli do wniosku ze polak, w październiku, jadący do Bułgarii tym przejściem jest wyjątkowo podejrzany więc pan celnik dokładnie przeglądał wszystkie zakamarki Mruczka :) Trwało to prawie godzinę ale rozstaliśmy się w przyjaźni i z uśmiechami na twarzach.
Wjeżdżając do Bułgarii dowiedziałem się, że muszę wykupić winietę.Drogi takie same dziurawe jak kiedyś ale teraz płatne :)


Belogradchik robi niesamowite wrażenie. Obiekt w sumie podobny do naszych Błędnych Skał, tylko że tutaj przez środek prowadzi normalna droga (tez niedawno wyremontowana). Dojechałem tutaj tuz przed zmrokiem, więc do twierdzy nawet nie jechałem. Więcej zdjęć tych skałek porobię jutro, na spokojnie, przy dobrym słońcu. Camping jaki sobie upatrzyłem jest ok 14 km od miasteczka, więc możliwe że jutro tam zajadę na nocleg (kiedyś trzeba popić rakiji a po tym trudno wsiadać za kierownicę). Nocuję w samym centrum, duży parking, na przeciwko biblioteka (z WiFi) a koło niej - komisariat policji. Co prawa latarnie słabo świecą ale mam nadzieje ze na przeciwko policji nic mi nie grozi.
Kiedyś zawsze jak przyjechałem do Bułgarii, pierwsze co robiłem, to biegłem do pobliskiego sklepu kupić zapas Mentowki. A że tradycje należy podtrzymywać, tym razem zrobiłem tak samo. Przy okazji  kupiłem trochę kaszkawału, kisło mliako i dodatkowo trafiłem na stragan na którym sprzedawano ciepłą skarę, która od razu zjadłem na kolację.


Mentowka się chłodzi - będzie w sam raz na noc.

Serbia (a może Jugosławia)

Kolejna biała plama na mruczkowej mapie została zaklejona.


Ciekawe tylko, dlaczego według niemieckiego producenta tej wyklejanki - Serbia to nadal Jugosławia.


Za chwilę się zbieram i jadę w dalszą drogę - kierunek południe, południowy wschód. Trzeba poszukać nadziei, a kolor zielony jest właśnie jej kolorem.

Zielona, zwłaszcza czterolistna koniczyna tez daje nadzieję, więc, w drogę.


Dzisiejsze fotki.

niedziela, 7 października 2012

Belgrad

Camping wygląda przyzwoicie, gdyby jeszcze lepszy dojazd i oznakowanie po drodze . . . .
Dzisiaj w planie zwiedzanie stolicy Serbii, do centrum pojadę autobusem a później już na piechotę.
Walczę z Google maps (jest możliwość zapisania fragmentów do użytku off-line) ale na razie przegrywam te wojnę.


14:30
Z campingu na przystanek autobusu jest ponad kilometr przez pola, na szczęście asfaltem. Na campingu poinformowano mnie, że bilety kupi u kierowcy, więc spokojnie wsiadam i zaczynam rozmowę z kierowcą. On mi tylko macha rękami, mówi, że ok, że mam siadać i nic nie płacić. Trudno, siadam, ale 3 przystanki później wsiadają kontrolerzy. Zaczynam im tłumaczyć, że nie mam biletu, że chciałem kupić u kierowcy a oni każą mi siadać cicho i im nie przeszkadzać. I tak, legalnie, przejechałem za darmo. Wygląda na to, że przestawili się w całości na bilety elektroniczne i nie wiedzieli co zrobić z takim okazem, jak ja. W niedzielę chce kupić bilet :)
Połaziłem, zmęczyłem się trochę i na obiad zaszedłem do restauracji przy hotelu Belgrad, jak widać, jest też WiFi.



18:40
Pod Muzeum Narodowym był dzisiaj jarmark, niepełnsprawne dzieciaki wraz z rodzicami sprzedawały swoje wyroby. Nabyłem więc kolejnego kolegę dla Mruczka. Chcieli za niego 155 - zapłaciłem 200.


Co prawda nie jest to pluszak ale na pewno oryginalna, serbska robota.
Wracając na camping w autobusie trafiłem na tego samego kierowcę, więc znowu, z uśmiechem na twarzy mówię mu, że chcę kupić bilet, a on do mnie ...... 145 dinarów:) Jednak te przeliczniki trzeba mieć w głowie - to w sumie tylko 6 zł (za pół godziny jazdy). Okazało się, że drukarka sie zbuntowała i dostałem od pana taki bilet


Ciekawe, jakby kontrolerzy go potraktowali :)


Dzisiejsze fotki.

sobota, 6 października 2012

Serbia

Magyarország viszontlátásra - ale ja  tu jeszcze wrócę i to niedługo.
Zbieram się, już prawie wszystko spakowane, zostało jeszcze tylko złożyć markizę i odłączyć się od prądu, no i oczywiście zapłacić za pobyt.



Kierunek - Serbia. najpierw Subotica, przez która ostatnio tylko przejechałem, później Novi Sad (stolica Wojwodiny), no i pożegnanie z Cisą, niedaleko za Novim Sadem kończy swój bieg w Dunaju. Na nocleg planuję zajechać na camping Dunav pod Belgradem.


21:00
Niby w Wojwodinie wszędzie mówią po węgiersku ale widać, że to inny kraj. Inaczej wygląda, ludzie się inaczej zachowują. Przejeżdżanie skrzyżowań na czerwonym świetle - normalka, skręcanie z prawego pasa w lewo - normalka. Mruczek był wyprzedzany i z lewej, i z prawej (po ciągłej, po zamalowanym obszarze). 
W Suboticy urzekł mnie ratusz - o wiele bardziej okazały i dostojny niż ten z Kecskemetu. Przez Novi Sad w sumie tylko przejechałem, chociaż w okół centrum zrobiłem kilka kółek. Niestety, nie udało się znaleźć rozsądnego miejsca na zaparkowanie Mruczka - wszystko zastawione a jak już znalazłem, to za małe.


Camping w Belgradzie (podobno najlepszy w Serbii) wygląda rozsądnie (po ciemku) ale trafić do niego ......  jedna jedyna tablica informacyjna stała tuż przed nim. Krążyłem, szukałem, nawet zawarłem miłą znajomość z panami policjantami na lotnisku - długo mi tłumaczyli jak mam dojechać na camping, a namachali się przy tym rękami, jak helikoptery :)
 



Dzisiejsze fotki.

piątek, 5 października 2012

Kiskunhalas

Kolejny dzień, podobny do poprzednich - śniadanie, moczenie, spacer, obiad, odpoczynek, moczenie, kolacja. Fajne miejsce, niezbyt drogie (ok 3 tys ft za dobę, razem z prądem i kąpielami) ale chyba trzeba ruszyć w dalszą drogę :)


Dzisiejsze fotki.

czwartek, 4 października 2012

Kiskunhalas

Za wcześnie wczoraj odtrąbiłem zwycięstwo nad wirusem. Wieczorem mnie dopadła fala gorączki, kaszlu,kataru - ledwie widziałem na oczy. Może to dlatego, ze na zakończenie popołudniowego moczenia się zamiast już tradycyjnie wejść do łaźni parowej postanowiłem sprawdzić saune. Zaraz jak wszedłem, czułem, jak drapie w gardło, ale miałem nadzieję, że to dobrze. Dzisiaj już tego błędu nie popełnię - przecież na katar najlepsze są  inhalacje z pary. Najwyżej, przejdę na inny zestaw leków.


Zakup;y porobiłem, pogoda śliczna, słonce, wiatru dzisiaj nie ma, temperatura około 25 stopni więc idealna. Chwilę odpocznę jeszcze i na basen, później obiadek (kupiłem kilka konserw madziarskich - ciekawe, co to będzie  - czasami trudno rozgryźć po samym rysunku czy zdjęciu, ale kupowałem na dziale spożywczym więc chyba  są do jedzenia :) 


To też jest urok wyjazdów do braci madziarów, że nie zawsze jest się pewnym tego co się kupiło w sklepie


Dzisiejsze fotki.

środa, 3 października 2012

Kiskunhalas

Węgierska kuracja (papryka, winogrona, termy) chyba pomaga :)


Wczoraj po południu przeszła burza, elegancka, z piorunami a dzisiaj od rana słońce i tylko trochę wiatru.
Po śniadaniu i  pluskaniu poszedłem na zakupy. Przy okazji zaszedłem do sklepu rowerowego i czegoś chyba nie rozumiem. U nas, w kraju, nowy składak składak kosztuje ponad 1000 zł (oglądałem w Lublinie), a tutaj - ten składak CAMPING, w sklepie kosztuje 37.643 ft czyli licząc po 1,4z za 100 ft wychodzi około 530 zł. Gdyby kupować przez internet na tej stronie- wyszłoby jeszcze taniej, 34.800 f t - 490 zł.


Dzisiejsze fotki.

wtorek, 2 października 2012

Kiskunhalas i wirusy

Wczoraj praktycznie cały dzień przeleżałem i przesiedziałem w kamperze.
Dzisiaj jakby trochę lepiej, rano wybrałem się na kąpiele (pół godziny w basenie i 15 minut w łaźni parowej) a później, ambitnie poszedłem do miasta. Nie wiem, czy był to najlepszy pomysł, ale trzeba było jakieś zakupy zrobić.


Pomidory po 95  ft, papryka (słodka) po 200-250 ft (ostra jest po 80-100 ft). brzoskwinie po 250 ft, nektarynki po 300 ft, winogrona (słodkie, prosto z krzaków) od 400 ft. A wszystko to przy kursie 100 ft= 1,40 zł :) jest więc co jeść, w dużych ilościach za dosłownie grosze.



Dzisiejsze fotki.

poniedziałek, 1 października 2012

Październik

Pochmurno, deszczowo, wieje, mnie dopadły jakieś wirusy - gorączka, kaszel, katar. Ciekawie zaczynam nowy okres w moim życiu - czyli bezrobocie.
Nie mam pojęcia, co dzisiaj będę robił - na razie siedzę w kamperku i się kuruję gorącą herbatą.




Dzisiejsze fotki.

niedziela, 30 września 2012

Kiskunhalas

Nie ma to jak dobra reklama. Ulotkę informacyjną o tym termal-campingu znalazłem w Opusztaszer, sprawdziłem w internecie - wyglądało rozsądnie, więc przyjechałem. Okazuje się, że miejsce dość popularne - stoi kilka kamperków niemieckich.


Miasteczko tez wygląda na pierwszy rzut oka miło, trzeba będzie jeszcze przetestować wodę.

14:30
Woda całkiem przyjemna, nie za gorąca (do 36 stopni) ale fajna.
W ramach siesty poobiedniej zacząłem szukać wyjaśnienia tych dziwnych tablic Okazuje sie, że są to nazwy miejscowości pisane runami staro-węgierskimi (zwanymi też przez niektórych runami szeklersko-madziarskimi=székely-magyar) - po węgiersku rovásírás. Więcej o tych znakach i tablicach


można znaleźć tutaj.


Dzisiejsze fotki.