czwartek, 21 lipca 2011

Lahemaa - cz. 1

Pogoda dzisiaj jest fantastyczna do turystyki chociaż męcząca. Słonce praży niemiłosiernie, na szczęście wiatr od morza pozwala przeżyć. Korzystam wie z okazji i zwiedzam ten prześliczny zakątek Estonii. Głazy porozrzucane dosłownie wszędzie, większe i mniejsze robią niesamowite wrażenie.
Na początek podjechałem do jedynej większej miejscowości na półwyspie Kasmu - Kasmu. Po drodze obejrzałem sobie camping, który ulokowany jest po drugiej stronie Vosu (a raczej kilka km za Vosu) niż parking na którym nocowałem. Duży teren ale odkryty i wiatru tam raczej nie ma, bo drzewa dookoła pewnie go zatrzymują, wiec przy takiej pogodzie jak dzisiaj, istna patelnia. Kamperów i przyczep sporo, tak na oko można powiedzieć, że większość terenu zajęta.
W Kasmu drugi camping a raczej spory ośrodek wypoczynkowy, stoi w nim kilka dużych wielopokojowych pawilonów - po prostu spory kombajn. Na końcu miejscowości parking i dalej już trzeba na piechotę - i warto tam iść. Śliczne porozrzucane głazy różnych wielkości, kilka opisanych na mapach turystycznych, maja swoje numery i nazwy których nie zapamiętałem. Na końcu cypla można zawrócić, lub iść na drugi cypel, bardziej na zachód. Jest tez wariant dla bardziej szalonych - wyprawa na Czarci Ostrów - czyli małą wąską wysepkę na północ od tego cypla. Część drogi pokonuje się na sucho - po kamieniach i czasami małych wydmach ale są odcinki, na których trzeba zdjąć buty i maszerować "po wodzie". Śliczna trasa, cudowne widoki - aparat fotograficzny tego nie odda - a szkoda.
Kolejny etap dzisiejszej wycieczki to półwysep Vergi - pierwszy z czterech licząc od wschodu. Podjechałem do małej osady Pedassaare, tam tradycyjnie parking i dalej, na ostrów już na piechotę. Piękny sosnowy las, o wiele mniej ludzi niż na Kasma, za to więcej wrednych i zajadłych much i gzów. Widoczek na samym cyplu zrekompensował te niedogodności a i sama trasa , mimo dokuczliwych owadów, też godna polecenia.

Kolejny etap - Vergi i jego port (a raczej mała przystań). W poprzednim ustroju był to teren wojskowy i niedostępny, widać pozostałości po starych bunkrach. Teraz jest tam i restauracja i przystań i każdy może sobie ten teren pooglądać. Z jedzenia w tamtej restauracji zrezygnowałem, podjechałem kawałek dalej, do Altja i zjadłem "małe conieco" (płacąc jak za normalny obiad) w karczmie. Po  jedzonku, jadąc znowu do Vosu, zatrzymałem się koło ścieżki przyrodniczej nad malowniczą rzeką. Dojechałem do Vosu a "mój" parking cały zastawiony, poza tym - nasłoneczniony więc i tak nie warto na nim na razie stawać. Zatrzymałem się więc w centrum, niedaleko estrady, w cieniu i słucham koncertu :)
Na noc zjadę na parking - eleganckie i spokojne miejsce na nocleg. A na jutro planuje dwa pozostałe półwyspy.


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 40 km, na nogach przeszedłem ok 10 km. Mapka trasy.

środa, 20 lipca 2011

Północna Estonia

W nocy miałem przygodę. Koło północy obudziło mnie pukanie do drzwi kampera (a raczej obudził mnie głos mówiący "ktoś puka do drzwi" - dziwna sprawa, bo w kamperze byłem sam). Okazało sie, że jeszcze jeden TIR chciał skorzystać z tego parkingu i kierowca prosił, bym się przestawił trochę inaczej, tak by jego pojazd się zmieścił.
Po śniadaniu ruszyłem w drogę, do Rakvere. Po drodze tradycyjnie różne ciekawostki, kilka różnych cachy. W Polsce grad i ulewy - tutaj,m duchota, skwar, cały dzień w okolicach 30 stopni, nawet w czasie jazdy z otwartymi oknami ciężko oddychać, więc jechałem wolno i spokojnie. W Rakvere ruiny starego zamku, ładnie się prezentują, na górce (których przecież tutaj, w Estonii za wiele nie ma).  Na placu pod zamkiem jest nowo wybudowany AQUA hotel, z basenem i zjeżdżalnią.


Na wzgórzu zamkowym ogromny pomnik tura, postawiony z okazji 700 lecia miasta. Tur  jest wykonany z brązu przez estońskiego artystę. Jest to największy w krajach bałtyckich pomnik zwierzęcia.
Rynek odnowiony i zrobiony bardzo nietypowo - jakiś plastyk poszalał ale fajnie to wygląda. W sklepie kupiłem w słoiku barszcz z wołowinka, podgrzałem w kamperze i to był mój obiadek. Po obiedzie, dalsza jazda w kierunku  najstarszego i największego parku narodowego w Estonii -  Lehamaa rahvuspark. Co prawda jest tu w okolicy kilka campingów, ale dlaczego mam płacić za nocleg,  jeśli można legalnie przespać się w kamperze za darmo - prąd mam, do rana wystarczy, woda niedawno nalana więc serwis nie jest mi potrzebny.
Kolejne ciekawostka dzisiaj ( po nocnej pobudce na stacji benzynowej) - TomTom stwierdził w pewnym momencie że nie ma satelitów. Uciekły, pochowały się, poszły spać - nie wiadomo - on ich nie widzi. Na szczęście mam drugiego GPSa i mapki Estonii i ten cały czas działał beż żadnych problemów.
Jechałem tutaj, na wybrzeże "w ciemno" , nie mając zaplanowanego żadnego miejsca na nocleg. Dojechałem do Vosu, zobaczyłem duży, niestrzeżony i lekko zaniedbany parking a na nim oprócz kilkunastu samochodów osobowych na estońskich numerach - kilka kamperów: dwa niemieckie i jeden francuski. Niewiele myśląc, "przytuliłem:" się do jednego Niemca i tak stoję. Miłym  zaskoczeniem dla mnie  jest też to, ze tutaj, trochę na uboczu miejscowości - jest darmowe WiFI :) Generalnie mogę stwierdzić po tych kilku dniach ze w Estonii, nie ma problemu z darmowym i legalnym dostępem do sieci. W  wielu miejscach jest wywieszona informacja, ze jest WiFI - także na kilku stacjach benzynowych widziałem takie informacje. Karta telefoniczna, którą kupiłem zaraz po przekroczeniu granicy na razie leży nie używana.

Moja lokalizacja: N 59° 34.827, E 25° 58.117


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 140 km. Mapka trasy.

wtorek, 19 lipca 2011

Na rosyjskiej granicy

Ranek przywitał mnie krótkim, kilkuminutowym deszczem, po którym było jeszcze bardziej duszno. Końskie muchy nie zważając ani na silny wiatr ani na moje opędzanie się atakowały jak wściekłe. Kilka mnie dopadło, kilku ja skróciłem życie.
Dzisiaj w planie była Narva - najdalej wysunięte na północny wschód miasto Estonii ze swoim zamkiem i przejściem granicznym. Droga dość monotonna ale ładna, większa jej część przebiegała brzegiem jeziora Peipsi (czyli Pejpus) więc widoki były śliczne. Ta pustka i  zieleń roślinności uspokajają. Po drodze widziałem kilka ładnych miejsc, z parkingami leśnymi dobrze wyposażonymi - stoliki, zadaszenia, metalowe grile ogólnodostępne, i oczywiście wszędzie są ubikacje. Widać, że ludzie tutaj to szanują - nie widziałem zniszczeń a śmieci na prawdę w minimalne ilości. Większość z tych miejsc jest ulokowana w pobliżu jakiegoś jeziora, często z ładna plażą. Co ciekawsze - na takich parkingach a może  wręcz placach campingowych, dozwolone jest rozbijanie namiotów (ja takich nie widziałem, ale tak zrozumiałem  ulotki i znaki na tablicach informacyjnych). Dzisiaj, przy tej zbierającej się burzy - każde zatrzymanie się w takim miejscu kończyło się najpierw walką z różnymi owadami i zaraz później moja, wręcz paniczną ucieczką.
W Sillamae zajechałem najpierw zobaczyć ciekawostkę - wodospad. Rozumiem, że jeśli najwyższy szczyt Estonii ma niewiele ponad 300 m n.p.m. to taki wodospad robi na nich wrażenie - w naszych górach takie się mija  bo za zakrętem będzie zaraz podobny. Miejsce zadbane, znowu stoliki, wiata, schody i kładka drewniane i nawet  dzisiaj byli tam panowie, którzy kosili trawę, by ładnie wyglądało. Później centrum miasteczka ze schodami jak w Odessie. Miasto robi smutne wrażenie, mocno zaniedbane, wiele domów obdrapanych, co prawda widać że starają się, niektóre budynki są już wyremontowane i  ale reszta, w starej części miasta wygląda smutno. Przy okazji zjadłem obiadek (biznes lunch - tak się tutaj nazywa zestaw dnia) za 3,90 wiec całkiem przyzwoicie.
No i wreszcie Narva - podobnie jak Sillamae - sprawa wrażenie zaniedbanego. Zamek za to wygląda dostojnie i fajnie, szkoda tylko ze dostępna do zwiedzania jest tylko jedna część (druga stoi za granica, w Rosji). Miasto żyje granicą i przejściem granicznym, kolejka TIRow "wystaje" kilka kilometrów za miasto, a przy samych szlabanach ruch jak widziałem spory. podjechałem jeszcze zobaczyć replikę szwedzkiego lwa a na miejscu spotkałem trzech sympatycznych ślązaków na motorach - tez się wybrali na włóczęgę po Estonii.
Jako że to miasto graniczne, to na każdym parkingu zakaz parkowania  w godzinach 0:00 - 8:00 czyli moje pierwotne plany by nocować w samej Narvie spaliły na panewce. W dodatku zaczęła się niezła burza, więc  nie miałem już ochoty na dalsze łażenie po mieście.
Dojechałem znowu do Sillamae, i tutaj będę nocował - parking koło stacji benzynowej, przy samej szosie ale mnie to nie przeszkadza. Z jednej strony stoi kolego Estończyk kamperem, z drugiej kilka TIRów  więc czuję się w miarę bezpiecznie.
Moja lokalizacja: N 59° 23.458, E 27° 46.331


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 180 km. Mapka trasy.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Tartu

Dzisiaj głównym punktem zwiedzania będzie Tartu (dawna nazwa Dorpat), drugie co do wielkości miasto w Estonii, o bogatej i ciekawej historii. Miasto jest uznawane za kulturalną i naukowa stolicę kraju, wielki ośrodek akademicki.z uniwersytetem założonym w pierwszej połowie XVII wieku przez króla szwedzkiego Gustawa II Adolfa.

18:45

Tartu to ładne miasto, mimo że ciągle widać zaniedbania z czasów ZSRR. Centrum nie za duże, więc nie ma potrzeby pokonywania kilometrów by obejrzeć najważniejsze miejsca. Na samym wstępie miałem mały problem, zajechałem na parking kolo McDonalda ale tam pozwalają za darmo stać tylko 30 minut, zdecydowanie za mało. Kawałek dalej parking płatny ale  tylko SMSami i to z estońskiego numeru. Żadnego człowieka, żadnego parkomatu, tylko tablica informacyjna. Później w centrum widziałem więcej takich parkingów. Na szczęście to miejsce jakie wypatrzyłem wcześniej na GE miało parkomat. Zasady proste - do 60 minut za darmo, za każda godzinę = 1E, a za 5 E - cały dzień (czyli od 8 do 18). Parking widać znany kamperowcom, bo rano byłem ja jeden, ale jak wróciłem po południu, to stały już trzy inne kampery - Francuz, Fin i Niemiec.

Smutne myśli mnie naszły gdy zobaczyłem w samym centrum, w części wydzielonej tylko dla pieszych taki pomnik:

Pomyślałem sobie, że u nas, w Polsce, od razu podniesiono by krzyk i to co najmniej z trzech powodów:
1. publiczne prezentowanie golizny czyli demoralizacja,
2. pomnik przedstawia osobę dorosła i dziecko - więc pedofilia
3. ma dodatek - są to dwa osobniki tej samej płci, więc reklama homoseksualizmu.
Na szczęście estończycy nie maja aż tak "wielkich i ważnych" problemów i pomnik sobie spokojnie stoi i na nikim nie robi wrażenia.

Po Tartu, po którym przy dzisiejszym słońcu ciężko się chodziło, mimo dużej ilości zielenie dającej trochę chłodu, pojechałem do Alatskivi, gdzie jest ładny, w maju tego roku odremontowany zamek. Później jeszcze podjechałem do Kallaste, a tam są ciekawe czerwone klify.
Nocuje na campingu Willipu, ok 5 km od Kallaste.
Moja lokalizacja: N 58° 38.683 E 027°  9.950


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 100 km. Mapka trasy.

niedziela, 17 lipca 2011

Estonia

Wjechałem do Estonii - jestem tutaj pierwszy raz. Język tak samo "inny" jak łotewski, ale podobno 25% ludności tutaj to Rosjanie, więc z porozumieniem się po rosyjsku nie powinno być kłopotów.
Kartę telefoniczna udało mi się kupić ale jeszcze jej nie testowałem. Drugi raz dzisiaj korzystam z darmowego WiFi (restauracja w Sangaste i restauracja w Polva - same się reklamują, że maja internet).
Estonia sprawia wrażenie kraju jeszcze bardziej pustego niż Łotwa, ale nie ma się co dziwić, bo gęstość zaludnienia ma najmniejszą z wszystkich krajów przybałtyckich.

HA HA HA karta którą kupiłem za 2,95E działa z ustawieniami z Orange :) Szkoda tylko, że nie ma możliwości kupienia pakietów internetowych (jak na Litwie czy Łotwie) a za 1 MB będę płacił 0,10 E więc to co mam na karcie starczy na ok 30 MB tylko. Mogę mieć darmowy i nielimitowany dostęp do sieci przez 30 dni  jeśli będę miał na karcie co najmniej 15E (60 zł) - trochę drogo :(

18:30

Na granicy jest strażnica ...
Poznawanie Estonii rozpocząłem, od starego, nieczynnego już na szczęście przejścia granicznego w miastach Valka-Valga. Samo miasto zostało podzielone na dwa w 1920 roku, po tym, jak ogłoszono niepodległość Łotwy. Dziwnie i całkowicie nienaturalnie wygląda takie miasto podzielone na dwa, odrębne kawałki - jak np Cieszyn. Samo miasteczka (miasteczka) - ciche, spokojne, niewiele w nich ciekawego do zwiedzania, a na stacji benzynowej nawet nie mieli żadnych kart SIM do telefonu.

Pierwszy przystanek - Sangasta ze ślicznym zameczkiem podobnym do tego z Windsoru. W zamku muzeum (nie zwiedzałem, pewnie nic odkrywczego tam nie ma), koło zamku dostojne stare dęby i  park z jeziorkami. Niestety, komarów tez sporo i wejście między drzewa mocno utrudnione. W zamku było właśnie jakieś wesele więc sporo młodych ludzi, rozweselonych, trąbiących klaksonami i wesoło spędzających czas. Na parkingu pod zameczkiem stał samochód osobowy, z Polski - o dziwo, z białostocka rejestracją :)

Następny przystanek, to muzeum sprzętu do budowy dróg i równocześnie muzeum poczty estońskiej. Podobno najpopularniejsze muzeum  tej części Estonii. Widać, że sporo ludzi z dziećmi tutaj na niedzielę przyjechało. Na parkingu sporo samochodów, pojawił się jeszcze jakiś rajd starych i małych samochodzików, w tym strasznie dziwne trzykołowce - Messerschmitt (nigdy takich nie widziałem). Na końcu albumu ze zdjęciami wstawiłem dwa filmiki z ich odjazdu z parkingu.
Pogoda ciężka, temperatura koło 30 stopni, raz słoneczko raz chmury, duszno. Dojechałem do Polva i ..... zastrajkowałem, dzisiaj dalej nie jadę. W centrum, koło kościoła, prawie nad jeziorem, duży sklep a  miedzy nim a jeziorem duży parking z latarniami, na którym osiągalny jest sygnał WiFi z sąsiedniej knajpy. Co ciekawsze, przy parkingu stoi skrzynka elektryczna i na zewnątrz ma zamontowane gniazdka prądowe :)
Ale nie będę się zachowywał, jak niektórzy rodacy - nie podłącze się by ciągnąć prąd za darmo, bez przesady :)
Moja lokalizacja:  N 58° 3.307 E 027° 3.333


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 130 km. Dzisiejsza trasa.

sobota, 16 lipca 2011

Łotwa - dalszy ciąg

Jedna z rzeźb w galerii
Po spokojnej nocy (znowu padało i to nieźle) pojechałem dalej, w stronę Gulbene. Przy drogach stoi sporo brązowych kierunkowskazów pokazujących różne ciekawe turystycznie miejsca. Niestety, wszystkie napisy po Łotewsku, więc czasami trudno się zorientować czego dotyczą. Kilka kilometrów za Madona - kolejny diabelski kamień, czyli duży głaz narzutowy. Ładny, omszały, z wyciętymi stopniami, co sugeruje, że był kiedyś wykorzystywany do składania darów czy ofiar.Kawałek dalej - galeria na świeżym powietrzu - kilka fajnych dzieł tam można zobaczyć (za darmo).

Cesvaine
Następny przystanek, to Cesvaine a w nim zamek czy raczej pałac, odbudowywany teraz po pożarze, który miał miejsce w 2002 roku. W 1420 roku powstał tutaj zamek biskupi, później rozbudowywany i uzbrojony - niewiele z niego zostało, w XVII wieku został zniszczony. To co jest teraz, pochodzi z drugiej połowy XIX wieku. Warto tutaj zajechać, w mojej ocenie jest to najładniejsze miejsce (poza Rygą), jakie widziałem na Łotwie. Te ściany budowane głownie z kamieni (jak wiele innych budynków tutaj) robią niesamowite wrażenie.
Kolejny przystanek - Gulbiene i jego "Biały Pałac". Niestety - w stanie złym, widać, że przez wiele lat niszczał. Teraz przykryty folią od góry i osłonięty siatką, stoi smutny i zdewastowany.
Skręcam na zachód - kierunek Smiltene. Po drodze kolejna ciekawostka turystyczna - pomnik diabła wykuty w kamieniu. Wiąże się to z jakąś legendą, ale informacja na tablicy stojącej obok była tylko po łotewsku - szkoda :( W Smiltene trafiłem na jakąś imprezę, chyba koncert w miejscowym amfiteatrze - bilety po 4 Lvl więc sobie odpuściłem.
Na nocleg zajechałem na camping Kalbakas. Miłe miejsce ale niezbyt przystosowane do kamperów. Prąd dostałem, z jakiejś dziwnej szafki, serwisu kampera nie widać nigdzie. Jest za to budyneczek z WC, kuchnią, pokojami na gorze dla gości, na dole salon z TV, prysznic i nawet bania :) I dużo różnych zwierzaków kręcących się dookoła, bo jest to normalna wiejska zagroda, w której część terenu przeznaczono na camping.
Przywitał mnie dalmatyńczyk, ale pogłaskać się nie dał - poszedł sobie i nawet nie mam go na zdjęciu. Jest kogut z kurami, po podwórku biega mały króliczek, są koty, w tym trzy maluszki. I nawet cielaki zainteresowały się moim kamperem, lecz na mój widok - uciekły.


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 120 km. Mapka trasy.

piątek, 15 lipca 2011

Łotwa

Po spokojnej nocy (tylko wściekłe komary mnie trochę dopadły) jadę na Łotwę. Oglądając mapy postanowiłem jechać jednak większą drogą, tzn powrót do Zarasai i dalej A13 do Daugavpils. Wybór chyba słuszny, bo ta droga mocno dziurawa i ogólnie kiepska, wole sobie nie wyobrażać, jak by wyglądała droga  bezpośrednio ze Stelmuże. Zatrzymałem się pod dworcem kolejowym, zjadłem śniadanko i poszedłem na mały rekonesans. W kiosku kupiłem łotewską kartę telefoniczna i walczyłem trochę z jej uruchomieniem. Karta relatywnie (do litewskiej) droga, zapłaciłem za nią 3 Lvl czyli ok 16 zł ale wykupując pakiet internetowy mam 500 MB (jak piszą w swojej ulotce - w pełnej prędkości) na 10 dni, więc nie jest źle. Działa - jak widać, a to najważniejsze.
O tej karcie można poczytać TUTAJ.

20:00

Wiem, że przy tym, co się teraz dzieje w kraju, na pogodę narzekać nie wypada, napisze więc tylko, że jest pochmurno, duszno, cały czas około 30 stopni.

W Daugavpilis (Dyneburg) obejrzałem starą cytadele, podobna trochę w stylu do tej w Osijek, ale w o wiele gorszym stanie. Coś tam niby robią, ale to chyba tylko drobiazgi. Następny przystanek, to zameczek Krustpils, koło Jekabpils. Nic ciekawego w sumie. Stwierdziłem, że znudziło mi się jechanie wzdłuż Daugavy (Dźwiny) i odbiłem na północ. Po drodze sympatyczne wzgórze zamkowe (nic oprócz trawy na nim nie ma) no i widoczki Łotwy - pola, lasy, sporo różnych kamieni większych i mniejszych, drogi zaniedbane. Od razu rzuca się w oczy że na Litwie mino wszystko jest trochę lepiej. Na nocleg dojechałem do sympatycznego miasteczka Madona. tradycyjnie już, wybrałem parking koło Urzędu Miasta.
Na przeciwko parkingu - pizzeria. I jak za pizzą raczej nie przepadam - ta zasmakowała mi bardzo. Może dlatego, ze lokal prowadzi prawdziwy Włoch, jeżdżący nawet samochodem na włoskich numerach. Człowiek był tak sympatyczny, że jak się zapytałem, czy mogę pizze zabrać do kampera, to prawie sam mi ja przyniósł na drewnianej desce (odebrałam ja od niego na środku ulicy :) ) Jeśli ktoś z czytających tego bloga będzie w Madona - gorąco polecam ten lokal. Ceny mają przystępne - za 30 cm zapłaciłem 3 Lvl.

Moja lokalizacja (i pizzeri): N 56° 51.240 E 026° 13.264


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 200 km. Mapa trasy.

czwartek, 14 lipca 2011

Północna Litwa

Pogoda niestety się psuje, chmury, drobny deszczyk i niestety duszno i paskudnie.Rano pełny serwis obojga (czyli Mruczka i mnie - hehehe) i w drogę.
Najpierw nieczynna już litewska elektrownia atomowa koło Ignalina. Koło  tej elektrowni w latach 70 XX wieku wybudowano całkiem nowe miasto - Visaginas. Wygląda ładnie jak na tamte czasy - szerokie ulice, spore balkony. W centrum miasta maszt z żurawiem na szczycie (herb miasta) i wyświetlacz na którym podawane jest wielkość aktualnego promieniowania. Ciekawa sprawa, że w 2007 było to tylko 5 - dzisiaj wskaźnik pokazywał 10. Miasto jak miasto, ale w sklepach praktycznie wszyscy rozmawiają po rosyjsku więc wreszcie mogłem pogadać przy kupowaniu owoców czy pieczywa :)
Następny przystanek, to Zarasai czyli Jeziorosy, ładnie opisane np TUTAJ. Na wyspę wjechać samochodem się nie da ale widać że to teraz teren rekreacyjny dla mieszkańców.
Niedaleko Zarasai, w małej wsi Stelmuze rośnie najstarszy dąb na Litwie i jeden z najstarszych na świecie. Ma co najmniej 1500 lat. Oprócz tego jest zabytkowa (ale już nie tak stara jak dąb) wieża zbudowana z kamieni polnych.
Co prawda do granicy z Łotwą jest już tylko 2 km ale przy takiej pogodzie nie chce mi się dzisiaj jechać dalej. Koło dębu jest spory parking,  okolica wygląda spokojna - więc planuje nocleg dzisiaj tutaj, koło dębu.
Moja lokalizacja: N 55° 49.809'   E 26° 13.075'

Po wiosce biegało kilka kotów, ale jakieś niechętne do nawiązywania nowych znajomości. Jeden obserwował mnie zza murka i nawet reagował na moje "kocie gadanie" ale gdy tylko zrobiłem krok do przodu - dał nura w krzaki i tyle go widziałem.

18:30

Zachciało mi się jeszcze Diabelskiego Kamienia czyli ogromnego głazu narzutowego, który tutaj niedaleko można oglądać. Informacja o nim w sieci jest bardzo skromna i bez dokładnej lokalizacji. Jakos jednak udało mi sie namierzyć miejsce gdzie powinien być i pojechałem. Droga utwardzona tylko, wąska, miejscami po obu stronach szorowałem po gałęziach, aż strach pomyśleć, co by było gdyby z przeciwka ktoś jechał. Zaparkowałem Mruczka na drodze leśnej w miejscu gdzie mógłby być wyminięty przez inne pojazdy i dalej na piechotę. Kamień śliczny, obrośnięty mchem - szkoda ze nie ma tutaj, koło dębu żadnej informacji o nim.
Sporo Litwinów przyjeżdża oglądać ten najstarszy litewski dąb (w ciągu godziny widziałem 5 samochodów) i żaden nie pojechał dalej, do tego kamienia. Widać nie wiedzieli nawet o jego istnieniu.
Pozycja kamienia: N55° 49.907'  E26° 11.855  


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 80 km. Mapka trasy.

środa, 13 lipca 2011

Cisza i spokój

Litwini tę część swojego kraju określają tak: Ta część Litwy nazywana Aukshtaitija (albo Górna Litwą) słynie z nietkniętych zasobów naturalnych, jakimi są jeziora i lasy. Teren wolny od zanieczyszczeń przemysłowych, słabo zaludniony,  drogi są ​​prawie puste jeździć można spokojnie i miło.  
W pełni się z tym zgadzam 

Dzień, jak planowałem mija leniwie i spokojnie. Co prawda rano zajechał nagle autobus pełen wesołych ludzi, ale szybko załadowali się na łódki i popłynęli w siną dal i znowu zapanował błogi spokój. Poopalałem się trochę na pomoście, trochę popływałem w miłym towarzystwie (w wodzie małe okonie, na wodzie łabędź i perkozy, nad woda duże ilości ważek), później pora na obiad - chłodnik litewski i kotlet wieprzowy, wszystko za 19,50 Lt, no i obowiązkowa poobiednia  siesta :)

Słodkie lenistwo :)

Dzisiaj w planie dzień postoju. Słoneczko świeci, zapowiada się piękny dzień. Poza tym, dzisiaj 13, więc może lepiej nie jechać nigdzie ? :) Chleb mam, pomidory mam, coś jeszcze do jedzenia w lodówce się znajdzie - co więcej trzeba :)
Na miejscu do wypożyczenia różne sprzęty pływające ale można tez posiedzieć nad wodą i zupełnie nic nie robić.Woda czyściutka, ciepła, ryby pływają, lekki wiaterek wieje - tutaj jest po prostu ślicznie. I cena rozsądna, 35 Lt za kampera z podłączeniem do prądu. Prysznic i WC dostępne (jeden pokój w hotelu służy jako węzeł sanitarny dla campingu).




Dzisiejsze fotki. Postój.

wtorek, 12 lipca 2011

Aukštaitija

W nocy przyszła burza, grzmiało, błyskało padało i rano było o wiele chłodniej i ogólnie pochmurno. Zjechałem do MAXIMA, zrobiłem małe zakupy, zjadłem śniadanko i nawet miałem przez jakiś czas darmowy (domowy) internet :)
Później w drogę - kierunek Ignalina. Trasa śliczna, malownicza, ruch na drodze niewielki jak zresztą na całej Litwie poza okolicami Wilna i Kowna. Na polach często widać duże kamienie, które u nas pewnie od razu miałyby jakieś nazwy, tutaj to nic szczególnego, kamienie większe i mniejsze są wszędzie. Zaraz za miejscowością Labanoras, nad brzegiem jeziora o tej samej nazwie - sympatyczne miejsce campingowe, darmowe, niestety - zakaz wjazdu powyżej 3T.
Zatrzymałem się przed znakiem i podziwiałem widoczki.
Niedaleko przed Ignaliną, miejscowość Sakarva i kolejne miłe miejsce campingowe - z pozwoleniem rozbijania namiotów i rozpalania ognisk, z wiatami, stolikami. Jest nawet zejście do jeziora. W lesie sporo czarnych jagód, poziomek, malin. Skorzystałem z okazji i urządziłem sobie tam obiadek - runo leśne było na deser :)
Namiary:  N55° 18.743 E026° 03.833
Pokręciłem się trochę po okolicy - śliczne tereny, cicho, spokojnie, woda w jeziorach krystalicznie czysta. takie nasze mazury ale wiele lat temu jak jeszcze nie były aż tak popularne, rozdeptanie i zaśmiecone.
Wart zobaczenia jest stary najstarszy drewniany kościół na Liwie w miejscowości Paluse. Rysunek tego kościoła występował na banknotach 1 lit. Obejrzałem też samą Ignalinę - miasteczko jak miasteczko, dworzec kolejowy odnowiony i ładnie się prezentuje ale poza tym, nic ciekawego.
Planowałem nocleg na campingu (jedyny w okolicy) koło kościoła w Paluse ale cena zbiła mnie z nóg. Za kapera z podłączeniem do prądu - 45 Lt do tego po 10 Lt za osobę - w sumie drożej niż na campingu w Wilnie. Dzięki temu ze mam dostęp do internetu - szybka zmiana planów i wylądowałem 40 km dalej, na campingu Degesa. Za 35 litów - postój, woda, sanitariaty, prąd i do jeziora kilka kroków, nie tak jak w Paluse.


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 100 km. Mapka trasy.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Litwa - dzień drugi

Znowu gorąco, duszno, parno, temperatura powyżej 30 stopni. Trochę więcej chmur na niebie ale cienia nie dają, tylko straszą ewentualna burza ale jak na razie nic tu nie pada.
Noc pod skansenem spokojna, rano, gdy w promieniach wschodzącego słońca oglądałem dokładnie teren przez parking przejechał Litwin osobówką i uśmiechając się pomachał do mnie. I kto tu mówi, że Litwini nie lubią Polaków :)
Podjechałem do stacji benzynowej niecały kilometr, kupiłem nowa kartę PILDYKa i znowu mogę szaleć po internecie. Pierwsza część drogi to "autostrada" A1 ( kto widział zebry/przejścia przez autostradę albo przystanki autobusowe na poboczu :) ).
Skręcam w lewo na 108 i mijając malownicze zakola Nerisu dojeżdżam do Dukstos. Zaraz za miastem piękna dębina, coś w stylu Szlaku Dębów Królewskich w Białowieży, ale ładniej urządzona (na całej trasie drewniana kładka) i połączona ze ścieżką edukacyjną z mitologii litewskiej. Różne postaci wyrzeźbione w drewnie służą jako ciekawa lekcja dla młodych ludzi. Jako ciekawostka, w środku tej ścieżki duży głaz narzutowy ze starymi runami, zwany Świętym Kamieniem.
Następny planowany punkt trasy to Park Europy. Jadę zgodnie z tablicami informacyjnymi i zajechałem ...... Najpierw droga coraz gorsza, coraz więcej dziur, coraz mniej miejsca aż dojechałem do totalnego remontu - zastawione wszystko, ciężarówki rozjeżdżają to co zostało. Jakoś udało mi się zawrócić, mimo, że trochę się zakopałem w miękkim piachu, niestety, kosztem kolejnego uszkodzenia tylnego zderzaka. Stwierdziłem, że jeśli droga DO jest taka "europejska", to ja nie chce sprawdzać "europejskości" tego parku :) Udało się wrócić na drogę 108, później skręt na A14 i do Centrum Europy.
Ludzi tam prawie nie ma, przy samym pomniku spotkałem murzyna, który śmiejąc się biegał dookoła i robił zdjęcia. Poza tym koło pomnika (a może na odwrót) jest duże pole golfowe, restauracja itp. Zacząłem się zastanawiać co było pierwsze - lokalizacja Środka Europy czy inwestycja w pole golfowe. Krótko mówiąc - byłem zobaczyłem i wystarczy :)
Kawałek dalej na północ, tzw Południk Struvego czyli pozostałość po punkcie triangulacyjnym.
No i ostatni punkt dzisiejszej jazdy - Moletai. Stoję na parkingu między Urzędem Miasta a Muzeum i Ośrodkiem Kultury. Miasteczko ciche, spokojne, radiowozy często jeżdżą (pewnie z nudów), wiec nie powinno się dziać nic złego.
Moja lokalizacja: N55° 13.888 E025° 25.192


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 130 km. Mapka trasy.

niedziela, 10 lipca 2011

Upalna Litwa

Noc minęła w miarę spokojnie, nie licząc jeżdżących cały czas TIRów i odgłosów dyskoteki z baru. Na granicy żadna ze służb nie zwróciła uwagi na Mruczka, więc można było spokojnie jechać. Tym razem cały czas "8" prawie do Kowna a dokładniej do Garliava. Dalej, zamiast do centrum pojechałem prosto, na zaporę na Niemnie. Ładne widoczki ale zapora na granicy słowacko-węgierskiej na Dunaju wygląda ładniej :) Później na półwysep Pazaislis gdzie znajduje się ładny ale niestety mocno zaniedbany w poprzednich latach klasztor kamedułów.
Następny przystanek, to karczma przy autostradzie, miła sympatyczna, z rozsądnymi cenami (zapłaciłem za obiadek 25 Lt). Jak się najadłem zachciało mi się trochę pomoczyć w tym "kowieńskim morzu", ale jak zobaczyłem tę ciecz, doszedłem do wniosku ze szara woda w Mruczku jest czyściejsza - a mimo wszystko ludzie się tam kapią. Jadę więc dalej, niecałe 10 km i już jest Skansen. Fajnie położony, lekkie pagórki, dużo, na prawdę dużo różnych domków - jest co oglądać, tylko że i skansen w Nowogrodzie i w Ciechanowcu - bardzo podobne :) Ale spacerek po sosnowym lesie, w ten upalny dzień ma swoje plusy. Parking kampera - 8 Lt, wejście na teren skansenu - 10 Lt.
Po powrocie na parking okazało się ze pojawiły się dwa inne kampery - na francuskich numerach, ludzie się porozkładali - wygląda na to, że chcą tutaj nocować. Bardzo mi się podoba ten pomysł, też planuję zostać tutaj na noc.
Moja lokalizacja: N54° 51.955 E024° 12.105


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 140 km. Mapka trasy.

sobota, 9 lipca 2011

Urodzaj na kampery

Takich ilości różnych kamperów na tak małym odcinku nie spodziewałem się. W zeszłym roku jak po całym dniu jazdy przez Polskę naliczyłem pięć to uważałem że miałem szczęście, że dużo spotkałem po drodze. Dzisiaj, na trasie ok 120 km naliczyłem aż dwanaście kamperów, z różnych krajów a  w Augustowie dziewczyny widziały kilka stojących :)

Dojechałem do parkingu koło Swiss Baru, kilka kilometrów za Suwałkami - duży fajny plac, z silnym sygnałem WiFi - za parkowanie (czyli nocleg) zapłaciłem 10 zł.

Kierunek - Estonia

Jako że poradzono mi niech Pan jedzie i nie myśli niewiele się zastanawiałem, wsiadłem w kampera i jazda. W planach - Estonia (tam mnie jeszcze nie było :) ). Pierwszy przystanek to Augustów, gdzie właśnie odbywają się targi turystyczne, więc cały rynek zastawione i zero szans na nocleg w moim ulubionym miejscu pod pocztą. Na miejscu spotkanie z Krycha Klara i ich psami - przyjechały popływać gondolą w luksusowych warunkach (cała gondola tylko dla nich). Jakaś pizza na obiad (nawet jadalna) plus spacerek po targach (stoiska standardowe - chleb, wędlina, sery korycińskie i wszelkiego rodzaju gadżety).
Nad noclegiem jeszcze myślę. Albo polecany parking TIT - Swiss Bar zaraz za Suwałkami, ale wtedy jadę przez Kalvarije - albo ośrodek w Kuklach koło Gib (10 zł kamper + 5 zł człowiek) ewentualnie nocleg pod restauracją w Hołnach Mejera i wtedy jadę przez Ogrodniki.


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 130 km. Mapka trasy.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Wracamy

Wczoraj po nakarmieniu łabędzia poszliśmy na małą partyjkę bilarda - dzisiaj w planie rewanż.
Pogoda nieciekawa, całą noc równo padało, zimno, wietrznie ale i tak dobrze, że nie ma śniegu. Przed 12 trzeba będzie wyjechać, do Białegostoku mamy ok 180 km.
Przed wyjazdem mieliśmy w planie kolejne partyjki bilarda ale okazało się że bilard dopiero po południu jest czynny - szkoda. Oprócz biało-żółtego psiaka pojawiła się śmieszna mała, łaciata suczka więc bawiliśmy się z ogonami.Wyjechaliśmy koło 11 i do Białegostoku dotarliśmy już w deszczu, kilka minut po 14.


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 180 km.

niedziela, 3 lipca 2011

Powoli wracamy

Rano doszliśmy do wniosku ze pogoda jest niepewna, zimno, wieje, pada i nie bardzo jest sens wsiadać na statek i marznąć kilka godzin. Po śniadaniu, skoro świt czyli po 11 wyjechaliśmy z campingu, podjechaliśmy  na starówkę. Pooglądaliśmy  zamek i rekonstrukcję starego domu Wikingów, trochę się pobawiliśmy i później spacerek po starówce. Zamówione przez Ewę zdjęcia zrobiliśmy obaj.
Następny punkt wycieczki to stara stolica Warmii czyli Lidzbark Warmiński. Fajny zameczek - warto zobaczyć.
Na noc zawędrowaliśmy na camping Ostoja Stara Baśń. Sympatycznie wygląda, zaraz nad wodą, postoimy do jutra i rano się zastanowimy co robić dalej. A wszystko zależy oczywiście od pogody.


Zdjęcia Adama są do pooglądania TUTAJ.


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 180 km.

sobota, 2 lipca 2011

Malbork

Zacznę od małego sprostowania - wbrew temu co jest napisane w tytule albumu ze zdjęciami, Kanał Elbląski nie leży ani na Mazurach, ani na Warmii - te tereny nazywają się Pojezierze Iławskie i nigdy do tamtych historycznych  terenów nie należały.
Dojechaliśmy do Malborka, parking po drugiej stronie Nogatu, zaraz koło campingu,  przejście drewnianym mostem, z którego jest prześliczny widok na zamek. Deszcz pada, ale nie jest to ulewa, więc jakoś dajemy radę. Zaczynamy od niezależnej wystawy maszyn oblężniczych - obiekty/eksponaty można macać, dotykać nawet w pewnym zakresie uruchamiać.
Później na zamek - do oglądania jest na prawdę dużo, sala za salą, można się pogubić. Grup wycieczkowych też dużo, ale jakoś w oczy (czy raczej w uszy) rzucały się grupy rosyjskie. Po zwiedzaniu - mała przekąska - kiełbaska z rusztu z bułką, którą podzieliliśmy się z wróblami. Koło zamku - mini golf a że jakos niewiele padało, postanowiliśmy rozegrać jedną partyjkę.
Powrót do Mruczka i jazda w stronę Elbląga - po drodze, najniżej położone miejsce w Polsce. Na koniec - camping w Elblągu. Pogoda ....... rumuńska (jak się kiedyś mówiło), oboje jesteśmy senni  i chyba przed kolacja jeszcze pośpimy.

Dzisiejsze zdjęcia Adama można zobaczyć TUTAJ.

Mokro

Pada, mokro wszędzie i nie widać poprawy. Rano deszcz dudniący po dachu Mruczka obudził Adama. Zwinęliśmy się i jedziemy w stronę Malborka (najlepsza droga jednak przez Pasłęk i Elbląg). Przed Pasłękiem postój na stacji benzynowej - śniadanko w barze i nareszcie jest w miarę rozsądny sygnał, można powysyłać resztę wczorajszych zdjęć.




Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 100 km.

piątek, 1 lipca 2011

Kanał Elbląg-Ostróda

Ładna pogoda się skończyła, już pakując się w Starych Jabłonkach zaczęło padać. Pojechaliśmy do Buczyńca, gdzie jest pierwsza (licząc od Ostródy) pochylnia. Trafiliśmy w południowy "szczyt komunikacyjny", kiedy dopływają statki z Elbląga i po chwili wracają. Pooglądaliśmy wożenie statków i różnych łódek po trawie. Zwiedziliśmy działającą siłownie oraz Muzeum Kanału.
W knajpce przy pochylni, zjedliśmy smaczny żurek i poznaliśmy dwa koty. Później przenieśliśmy się na darmowy camping koło pochylni, obiadek w camperze i hazard do wieczora. Niestety mamy kłopoty z siecią - przez kilka godzin na karcie Orange nie byłem w stanie wysłać ani jednego zdjęcia. Dopiero jak przełożyłem kartę Plusa - mogłem wysłać chociaż kilka fotek i napisać parę słów.

Zdjęcia Adama do pooglądania TUTAJ.



Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok. 40 km.