wtorek, 9 października 2012

Stara Płanina

Rano dopadł mnie pan parkingowy, bo parking płatny od 8 do 18 i kazał zapłacić "jedno lewcze", oczywiście bez żadnego kwitka. Zapłaciłem i poszedłem na piechotę zwiedzać twierdzę. Widoczki prześliczne i na Belogradczik i na cały masyw skałek.


Wracając do kamperka kuipiłem kolejna porcje skary - tym razem i kebabczeta i kiuftety - MNIAM MNIAM. Zjadłem to drugie śniadanie i w drogę, w dół w stronę campingu Madona, gdzie wcześniej planowałem nocleg. Od Belogradczika oddalony jest o ok 14 km i w sumie nic ciekawego tam nie ma, duży budynek hotelowy i plac gdzie można stanąć kamperem czy rozbić namiot. Lokalizacja raczej bez sensu. Mimo, że mnie gospodyni namawiała, pojechałem dalej, wzdłuż rzeki Lom a później rzeki Ogosta. trasa prześliczna, malownicza, droga niezła. Zajechałem do Ciprovskiego monastyru gdzie, wg przewodnika, każdego dnia popi śpiewają pieśni uzdrowicielskie a miejsce słynie ze swojej uzdrowicielskiej mocy.


Popiłem wody z cudownego źródełka, pooglądałem i pojechałem dalej, do Montany. Znalazłem świetne miejsce, w samym centrum, koło kilku banków, parking płatny jak w Belogradcziku, tzn od 8 do 18. W restauracji obok poszalałem (za 30 zł ) i zjadłem tatator, szopska sałatkę i jakiegoś kurczaka  w sosie pomidorowo-cytrynowym. Nie chce mi się jechać dalej, tutaj zostaję na noc.




Dzisiejsze fotki.

poniedziałek, 8 października 2012

I już Bułgaria

Najpierw długo jechałem nudną autostradą, na koniec tej jazdy jeszcze kazali sobie za to zapłacić - echhhh :)
Później już zaczęło być ciekawiej. Droga z Paracin do Zajecar dobra, właśnie ją kończą robić. Po drodze kilka tuneli. Mijałem ślicznie wyglądający z daleka  monastyr Bogurodzicy ale droga dojazdowa nie wyglądała zachęcająco więc zrezygnowałem. Zdjęć tez nie miałem jak zrobić. Po drodze, jeszcze w Serbii zajechałem do starych rzymskich ruin udostępnionych zwiedzający - typowa zbieranina kamieni poukładanych współcześnie od nowa.


Później granica. Juz zapomniałem jak to kiedyś wyglądało. Serbowie doszli do wniosku ze polak, w październiku, jadący do Bułgarii tym przejściem jest wyjątkowo podejrzany więc pan celnik dokładnie przeglądał wszystkie zakamarki Mruczka :) Trwało to prawie godzinę ale rozstaliśmy się w przyjaźni i z uśmiechami na twarzach.
Wjeżdżając do Bułgarii dowiedziałem się, że muszę wykupić winietę.Drogi takie same dziurawe jak kiedyś ale teraz płatne :)


Belogradchik robi niesamowite wrażenie. Obiekt w sumie podobny do naszych Błędnych Skał, tylko że tutaj przez środek prowadzi normalna droga (tez niedawno wyremontowana). Dojechałem tutaj tuz przed zmrokiem, więc do twierdzy nawet nie jechałem. Więcej zdjęć tych skałek porobię jutro, na spokojnie, przy dobrym słońcu. Camping jaki sobie upatrzyłem jest ok 14 km od miasteczka, więc możliwe że jutro tam zajadę na nocleg (kiedyś trzeba popić rakiji a po tym trudno wsiadać za kierownicę). Nocuję w samym centrum, duży parking, na przeciwko biblioteka (z WiFi) a koło niej - komisariat policji. Co prawa latarnie słabo świecą ale mam nadzieje ze na przeciwko policji nic mi nie grozi.
Kiedyś zawsze jak przyjechałem do Bułgarii, pierwsze co robiłem, to biegłem do pobliskiego sklepu kupić zapas Mentowki. A że tradycje należy podtrzymywać, tym razem zrobiłem tak samo. Przy okazji  kupiłem trochę kaszkawału, kisło mliako i dodatkowo trafiłem na stragan na którym sprzedawano ciepłą skarę, która od razu zjadłem na kolację.


Mentowka się chłodzi - będzie w sam raz na noc.

Serbia (a może Jugosławia)

Kolejna biała plama na mruczkowej mapie została zaklejona.


Ciekawe tylko, dlaczego według niemieckiego producenta tej wyklejanki - Serbia to nadal Jugosławia.


Za chwilę się zbieram i jadę w dalszą drogę - kierunek południe, południowy wschód. Trzeba poszukać nadziei, a kolor zielony jest właśnie jej kolorem.

Zielona, zwłaszcza czterolistna koniczyna tez daje nadzieję, więc, w drogę.


Dzisiejsze fotki.

niedziela, 7 października 2012

Belgrad

Camping wygląda przyzwoicie, gdyby jeszcze lepszy dojazd i oznakowanie po drodze . . . .
Dzisiaj w planie zwiedzanie stolicy Serbii, do centrum pojadę autobusem a później już na piechotę.
Walczę z Google maps (jest możliwość zapisania fragmentów do użytku off-line) ale na razie przegrywam te wojnę.


14:30
Z campingu na przystanek autobusu jest ponad kilometr przez pola, na szczęście asfaltem. Na campingu poinformowano mnie, że bilety kupi u kierowcy, więc spokojnie wsiadam i zaczynam rozmowę z kierowcą. On mi tylko macha rękami, mówi, że ok, że mam siadać i nic nie płacić. Trudno, siadam, ale 3 przystanki później wsiadają kontrolerzy. Zaczynam im tłumaczyć, że nie mam biletu, że chciałem kupić u kierowcy a oni każą mi siadać cicho i im nie przeszkadzać. I tak, legalnie, przejechałem za darmo. Wygląda na to, że przestawili się w całości na bilety elektroniczne i nie wiedzieli co zrobić z takim okazem, jak ja. W niedzielę chce kupić bilet :)
Połaziłem, zmęczyłem się trochę i na obiad zaszedłem do restauracji przy hotelu Belgrad, jak widać, jest też WiFi.



18:40
Pod Muzeum Narodowym był dzisiaj jarmark, niepełnsprawne dzieciaki wraz z rodzicami sprzedawały swoje wyroby. Nabyłem więc kolejnego kolegę dla Mruczka. Chcieli za niego 155 - zapłaciłem 200.


Co prawda nie jest to pluszak ale na pewno oryginalna, serbska robota.
Wracając na camping w autobusie trafiłem na tego samego kierowcę, więc znowu, z uśmiechem na twarzy mówię mu, że chcę kupić bilet, a on do mnie ...... 145 dinarów:) Jednak te przeliczniki trzeba mieć w głowie - to w sumie tylko 6 zł (za pół godziny jazdy). Okazało się, że drukarka sie zbuntowała i dostałem od pana taki bilet


Ciekawe, jakby kontrolerzy go potraktowali :)


Dzisiejsze fotki.

sobota, 6 października 2012

Serbia

Magyarország viszontlátásra - ale ja  tu jeszcze wrócę i to niedługo.
Zbieram się, już prawie wszystko spakowane, zostało jeszcze tylko złożyć markizę i odłączyć się od prądu, no i oczywiście zapłacić za pobyt.



Kierunek - Serbia. najpierw Subotica, przez która ostatnio tylko przejechałem, później Novi Sad (stolica Wojwodiny), no i pożegnanie z Cisą, niedaleko za Novim Sadem kończy swój bieg w Dunaju. Na nocleg planuję zajechać na camping Dunav pod Belgradem.


21:00
Niby w Wojwodinie wszędzie mówią po węgiersku ale widać, że to inny kraj. Inaczej wygląda, ludzie się inaczej zachowują. Przejeżdżanie skrzyżowań na czerwonym świetle - normalka, skręcanie z prawego pasa w lewo - normalka. Mruczek był wyprzedzany i z lewej, i z prawej (po ciągłej, po zamalowanym obszarze). 
W Suboticy urzekł mnie ratusz - o wiele bardziej okazały i dostojny niż ten z Kecskemetu. Przez Novi Sad w sumie tylko przejechałem, chociaż w okół centrum zrobiłem kilka kółek. Niestety, nie udało się znaleźć rozsądnego miejsca na zaparkowanie Mruczka - wszystko zastawione a jak już znalazłem, to za małe.


Camping w Belgradzie (podobno najlepszy w Serbii) wygląda rozsądnie (po ciemku) ale trafić do niego ......  jedna jedyna tablica informacyjna stała tuż przed nim. Krążyłem, szukałem, nawet zawarłem miłą znajomość z panami policjantami na lotnisku - długo mi tłumaczyli jak mam dojechać na camping, a namachali się przy tym rękami, jak helikoptery :)
 



Dzisiejsze fotki.

piątek, 5 października 2012

Kiskunhalas

Kolejny dzień, podobny do poprzednich - śniadanie, moczenie, spacer, obiad, odpoczynek, moczenie, kolacja. Fajne miejsce, niezbyt drogie (ok 3 tys ft za dobę, razem z prądem i kąpielami) ale chyba trzeba ruszyć w dalszą drogę :)


Dzisiejsze fotki.

czwartek, 4 października 2012

Kiskunhalas

Za wcześnie wczoraj odtrąbiłem zwycięstwo nad wirusem. Wieczorem mnie dopadła fala gorączki, kaszlu,kataru - ledwie widziałem na oczy. Może to dlatego, ze na zakończenie popołudniowego moczenia się zamiast już tradycyjnie wejść do łaźni parowej postanowiłem sprawdzić saune. Zaraz jak wszedłem, czułem, jak drapie w gardło, ale miałem nadzieję, że to dobrze. Dzisiaj już tego błędu nie popełnię - przecież na katar najlepsze są  inhalacje z pary. Najwyżej, przejdę na inny zestaw leków.


Zakup;y porobiłem, pogoda śliczna, słonce, wiatru dzisiaj nie ma, temperatura około 25 stopni więc idealna. Chwilę odpocznę jeszcze i na basen, później obiadek (kupiłem kilka konserw madziarskich - ciekawe, co to będzie  - czasami trudno rozgryźć po samym rysunku czy zdjęciu, ale kupowałem na dziale spożywczym więc chyba  są do jedzenia :) 


To też jest urok wyjazdów do braci madziarów, że nie zawsze jest się pewnym tego co się kupiło w sklepie


Dzisiejsze fotki.

środa, 3 października 2012

Kiskunhalas

Węgierska kuracja (papryka, winogrona, termy) chyba pomaga :)


Wczoraj po południu przeszła burza, elegancka, z piorunami a dzisiaj od rana słońce i tylko trochę wiatru.
Po śniadaniu i  pluskaniu poszedłem na zakupy. Przy okazji zaszedłem do sklepu rowerowego i czegoś chyba nie rozumiem. U nas, w kraju, nowy składak składak kosztuje ponad 1000 zł (oglądałem w Lublinie), a tutaj - ten składak CAMPING, w sklepie kosztuje 37.643 ft czyli licząc po 1,4z za 100 ft wychodzi około 530 zł. Gdyby kupować przez internet na tej stronie- wyszłoby jeszcze taniej, 34.800 f t - 490 zł.


Dzisiejsze fotki.

wtorek, 2 października 2012

Kiskunhalas i wirusy

Wczoraj praktycznie cały dzień przeleżałem i przesiedziałem w kamperze.
Dzisiaj jakby trochę lepiej, rano wybrałem się na kąpiele (pół godziny w basenie i 15 minut w łaźni parowej) a później, ambitnie poszedłem do miasta. Nie wiem, czy był to najlepszy pomysł, ale trzeba było jakieś zakupy zrobić.


Pomidory po 95  ft, papryka (słodka) po 200-250 ft (ostra jest po 80-100 ft). brzoskwinie po 250 ft, nektarynki po 300 ft, winogrona (słodkie, prosto z krzaków) od 400 ft. A wszystko to przy kursie 100 ft= 1,40 zł :) jest więc co jeść, w dużych ilościach za dosłownie grosze.



Dzisiejsze fotki.

poniedziałek, 1 października 2012

Październik

Pochmurno, deszczowo, wieje, mnie dopadły jakieś wirusy - gorączka, kaszel, katar. Ciekawie zaczynam nowy okres w moim życiu - czyli bezrobocie.
Nie mam pojęcia, co dzisiaj będę robił - na razie siedzę w kamperku i się kuruję gorącą herbatą.




Dzisiejsze fotki.

niedziela, 30 września 2012

Kiskunhalas

Nie ma to jak dobra reklama. Ulotkę informacyjną o tym termal-campingu znalazłem w Opusztaszer, sprawdziłem w internecie - wyglądało rozsądnie, więc przyjechałem. Okazuje się, że miejsce dość popularne - stoi kilka kamperków niemieckich.


Miasteczko tez wygląda na pierwszy rzut oka miło, trzeba będzie jeszcze przetestować wodę.

14:30
Woda całkiem przyjemna, nie za gorąca (do 36 stopni) ale fajna.
W ramach siesty poobiedniej zacząłem szukać wyjaśnienia tych dziwnych tablic Okazuje sie, że są to nazwy miejscowości pisane runami staro-węgierskimi (zwanymi też przez niektórych runami szeklersko-madziarskimi=székely-magyar) - po węgiersku rovásírás. Więcej o tych znakach i tablicach


można znaleźć tutaj.


Dzisiejsze fotki.

sobota, 29 września 2012

Szent Mihály-napi Forgatag

No i znowu, zgodnie z planem, jestem na campingu w Opusztaszer.


Google  potrafi "wspaniale:" tłumaczyć - tytuł tego posta wg G to "Codziennego zgiełku św Michała i zgiełk" :) Cała strona "po polsku" jest TUTAJ.
Zaczyna się wszystko 0 9:30 czyli już za pół godziny, przysięgą obywatelską (jeśli wierzyć G-tłumaczowi).
O 10:00 - msza św. ekumeniczna
o 10:50 odsłonięcie pomnika, jego poświęcenie i przemówienie Viktora Orbana.
A później już tylko folklor, wino, palinka, cygańska muzyka i ........ :) :)

12:40
Część oficjalna zakończona, pomnik odsłonięty.


Wrzuciłem  kolejną porcje zdjęć i wracam na imprezę.

19:30
Działo się sporo chociaż nie to, na co się nastawiałem. Była to typowa impreza dla "tubylców" a nie dla turystów. Nie było żadnego stoiska z palinką, żadnego stoiska z winem. Tłumacz G pisał o soku z winogron - trzeba było mu uwierzyć :) Pokazywali jak się właśnie taki sok robi - smaczny taki  na oczach widzów wytłoczony. Byli muzycy, był folklor, ale nie było typowych cyganów, jak na wszystkich imprezach nastawionych na zagranicznych turystów. Pokazy psów pasterskich były niesamowite - na pierwszy rzut oka spokojne psiaki ale jak sie dorwały do baranów to .... futro latało w powietrzu. Można było zobaczyć na własne oczy jak się robi beczki, jak się podkuwa konie, jak się wyplata koszyki z wikliny czy kapcie z kukurydzy (nawet mnie zapraszano bym sam spróbował).
Zajrzałem do kuźni, gdzie pracowali kowale, jeden z nich zagadał do mnie, zgadaliśmy się, że on tylko po węgiersku a ja po polsku wiec ...... pogadaliśmy sobie na tematy polityczne (serio) :)
A tak w ogóle dalej twierdzę, że Węgry to wolny kraj, wolnych ludzi.
Prz pomniku oczywiście obstawa BOR ale  można było wszędzie wejść, oni tylko stali i pilnowali by było bezpiecznie. pewnie gdybym się uparł że podejdę do premiera - nie było by problemów.
W parku są ścieżki, dróżki ale wolno chodzić po trawie, nawet się na niej położyć i nikomu to nie przeszkadza.
W kolejce nikt się nie przepycha, wszyscy jacyś tacy spokojni, zrelaksowani.
Na drodze podobnie - nie słychać klaksonów, nie ma wpychania się na siłę, więcej, wiele razy widziałem, jak samochód zwalniał by spokojnie przepuścić rowerzystę czy pieszego który właśnie w tym miejscu postanowił przejść przez jezdnię.
Chyba dlatego tak lubię tu przyjeżdżać.


Dzisiejsze fotki.

piątek, 28 września 2012

Subotica - Serbia

No i się rozpadało.


Pół nocy mocno wiało i nawiało ciemne chmury. Jak oglądam mapy satelitarne, to nie wygląda to nazbyt obiecująco chociaż prognoza pogody dla skansenu zapowiada, że jutro i pojutrze mimo wszystko ma być słonecznie. Festyn na świeżym powietrzy w deszczu to nie jest nic przyjemnego.

13:40
Wybrałem się do Suboticy, pooglądać trochę Serbię. Przy wjeździe, całodobowa stacja paliw i jak widać, jest WiFi. Stoi nawet jakiś kamperek na serbskich numerach.

15:40
Dotarłem do stadniny na północny zachód od Suboticy (Kelebija), oglądam i pstryka koniki, głaszczę rudego i rozpieszczonego kocura a deszcz nawet przestał padać.


Dzisiejsze fotki.

czwartek, 27 września 2012

Szeged [Seged]

Miasto, którego nazwa wypowiadana nieprawidłowo przez Polaka  może Węgra doprowadzić do śmiechu.
Najpierw pokręciłem się trochę kamperem po mieście, porobiłem zakupy, żeby później nie nosić tego wszystkiego i zajechałem nad sama Cisę, na camping.
Szeged jest dloa mnie sporym zaskoczeniem, wygląda trochę inaczej niż większość węgierskich miast, zwłaszcza okolice kościoła wotywnego, który też jest jakiś inny. W środku jest piękny, wręcz niesamowity, z zewnątrz sprawia wrażenie jakieś uroczej ale dziwnej mieszanki.


Kościół znajduje się na dużym placu który nazywa się DOM. Budynki, które otaczają ten plac zrobiły na mnie ogromne wrażenie


Na obiad zafundowałem sobie schabowego, takiego jakiego pamiętam z lat 80 XX wieku, kiedy jeżdżąc z wycieczkami do Budapesztu, robiło się obowiązkowy postój w pierwszej knajpie za granica słowacko węgierską w Rajce
Po odpoczynku - wizyta w tutejszym aquaparku. Nowy, wylizany ale nie zrobił na mnie większego wrażenia.

Dzisiejsze fotki.

środa, 26 września 2012

Ópusztaszer

Już o 22 wyłączyli fontannę, kurant nie zagrał ani o 22 ani o 6 rano więc miałem cichą i spokojną noc. Na śniadanie przeniosłem się pod MCDonalda.


Co będę robił jutro i pojutrze, jeszcze dokładnie nie wiem, za to wiem prawie na pewno co będę robił w sobotę i niedzielę. Jest okazja zobaczyć osobiście Viktora Orbana i prawdziwy (a nie dla turystów) węgierski folklor - Szent Mihály-napi Forgatag, szeptember 29.
Z tego co wyczytałem, oprócz degustacji potraw węgierskich, przefermentowanego soku z winogron :) będą też różne pokazy, np psów pasterskich.

18:00
Gorąco, słonce świeci a ja połaziłem po tym obiekcie ponad 4 godziny i jestem padnięty. Nie przepadam za skansenami, są przeważnie nudne, monotonne a ten jest trochę inny, żywy. W wiejskim obejściu są prawdziwe kury, gęsi, bydło, suszy się papryka, cebula itp. organizowany jest tutaj specjalny program dla szkół - zajęcia w skansenie ale zajęcia w odpowiednim stylu. Sam dzisiaj widziałem w starej szkole lekcje prowadzona przez nauczyciela ubranego w togę, z czcinką w ręce  który kazał dzieciakom siedzieć z rękami założonymi do tyłu. W ulotce reklamowej są zdjęcia jak dzieciaki w ramach tego programu biorą udział w różnych pracach domowych - świetny pomysł.
Teren spory, dużo chodzenia i oglądania ale warto.


Główną atrakcja jest ogromny obraz pokazujący historię madziarów (obraz z stylu Panoramy Racławickiej). W restauracji obrazu pomagała ekipa polskich specjalistów, która pracowała właśnie przy  wrocławskiej panoramie.
Jestem padnięty, ledwie żywy ale zadowolony. Już sobie wyobrażam, co się będzie działo w sobotę, na tej plenerowej imprezie.


Dzisiejsze fotki.

wtorek, 25 września 2012

Kecskemet

W nocy padało, rano jeszcze było i mokro i paskudnie pochmurno ale szybko przewiało chmury i w ciągu dnia jest prawie 30 stopni. Biedny pies zza płotu, pół nocy szczekaniem starał się mnie wygonić ze swojego terenu - a rano był tak zmęczony że w ogóle nie reagował na mnie.
Kecskemét, podobno najpiękniejsze miasto na Węgrzech w pełni zasługuje na to miano. Centrum (trzy połączone ze sobą place) wygląda urokliwie. Połaziłem trochę po centrum ale parking płatny więc sie na razie wycofałem.


Jedno miejsce na nocleg to całodobowy MC Drive niedaleko kąpieliska (jest WiFi ale port do GG zablokowany). Mam ochotę przenocować w samym centrum, na pl Kossutha (jest legalny parking, płatny od 8 do 18) i nawet jest WiFi z kawiarenki na przeciwko. Może się uda, a wtedy koncert kurantów z ratusza będę miał w kamperku.

20:40
Ustawiłem się tradycyjnie, pod latarnią i tutaj zostaje na noc.


Sygnał WiFI słaby ale jest i daje się rozmawiać  na GG. Pooglądałem sobie trochę dokładniej ratusz i niestety - tynk się sypie, farba obłazi, dachówki które są największą ozdobą budynku wymagają czyszczenia. Różne lampy porozmieszczane na całym placu, miałem nadzieje na wieczorne podświetlenie - a tu nic, pewnie oszczędzają. Szkoda.


Dzisiejsze fotki.

poniedziałek, 24 września 2012

Dalej Cisa

Nim się rano poskładałem, popakowałem, zapłaciłem itp zrobiło się trochę późno i wyjechałem dopiero koło 11. Droga spokojna, pusta, po drodze małe wioski - w co drugiej jakieś kąpielisko. Zajechałem do Szolnoku - tutaj był najbliższy bankomat UniCredit (po co mam płacić prowizje za wypłatę) więc troche pokręciłem się po centrum. Jakoś nie miałem ochoty ani na zabytkowe termy ani na odremontowany kompleks wodny (wraz z campingiem). Pojechałem 15 km dalej, do Abony. Tutaj jest prywatne niewielkie ZOO, którego niewątpliwą atrakcja są trzy małe tygrysiątka.


Wspaniałe kociaki i pięknie się bawiły a ja obserwowałem i pstrykałem trochę.
Nocować planuję tutaj, pod tym ZOO (jest nawet WiFi) a jutro - Kecskemet.



Dzisiejsze fotki.

niedziela, 23 września 2012

Tiszafüred - leniwa niedziela

Dzień upływa powoli i leniwie. Rano wyskoczyłem do sklepu po nowa paprykę i jedzenie dla kota :)


Później śniadanie, basen, odpoczynek, obiad, basen. Ugotowany kurczak kocicy już mniej smakował niż poranne kocie jedzenie - wybredna panienka :)


Jutro chyba ruszę w dalsza drogę, ile można siedzieć w jednym miejscu :)


Dzisiejsze fotki.

sobota, 22 września 2012

Tiszafüred - sobota

Pogoda dzisiaj niespecjalna. rano było trochę słońca, później się zachmurzyło, teraz znowu pokazuje się nieśmiało słońce.
Rano, po śniadaniu - basen a później spacer na miejska plażę i przylegający do niej teren rekreacyjny. Fajnie to zrobili, dużo ławek, stolików, obowiązkowe kubły na śmieci, krany z wodą (działające), miejsca na węgierski kociołek (zamiast grila) i wiele różnych przyjemności dla dzieciaków (huśtawki, drabinki itp).
Zaciekawiły mnie rury metalowe, wyglądające jak niektóre nasze parkingi dla rowerów - postawiono je tutaj dosłownie przy każdej ławce.


Na samym końcu tego terenu rekreacyjnego - wieża obserwacyjna. Wszystko nowe, z zeszłego roku - za pieniądze UE.
Po powrocie  na camping - drugie podejście do upieczenia udek kurzych na moim grilu. Wczoraj nie wyszło - nie wiem, czy gaz  w pojemniku był już przeterminowany, czy może nie do końca rozmroziłem te udka - w każdym razie po 2 godzinach męczenia (aż skończył się gaz) mięso nadal było w środku surowe. Miejscowa kocica nie narzekała - jej smakowało :) Dzisiaj, na drugim pojemniku gazu udało się doprowadzić mięso do postaci jadalnej przez człowieka ale to nie to, widać na tym grilu najlepiej wychodzą płaskie kawałki mięsa.


Jeszcze dzisiaj kolejne porcja moczenia się i sobota się skończy.


Dzisiejsze fotki.

piątek, 21 września 2012

Tiszafüred - termalne przemyślenia

I po deszczu, znowu ładne słoneczko, jednak sporo chłodniej niż dwa kilka dni temu i silny wiatr, ale pięknie.
Doszedłem do wniosku, że straszne sierota ze mnie. Dopiero dzisiaj zauważyłem, że oprócz otwartego basenu (z masażami), w którym się wczoraj, przy deszczu męczyłem, jest też duży basen, nawet z cieplejszą wodą (34-38 stopni) pod dachem :)


Przewartościowały mi sie oceny różnych term madziarskich. Csokonyavisonta spadła na drugie miejsce, tutejsze, w Tiszafüred wysunęły się na pierwsze miejsce.
Po pierwsze - taniej. W Csokonyavisonta płaciłem za nocleg (z prądem i wstępem na termy) ponad 4 tys ft, tutaj, to samo będzie kosztowało ok 3200 ft. I tam i tutaj jest WiFi :)
Tutaj mogę zjeść rozsądny obiad (tzw menu) za 850 ft, tam  jest sympatyczna knajpka obok term ale za samo drugie danie z kieliszkiem wina płaciłem prawie 2 tys ft.


Tam jeden mały sklepik, otwarty tylko czasami, tutaj mam obok trzy markety i dodatkowo kilka innych restauracji, do wyboru.
Tamta woda trochę cieplejsza (do 42 stopni) i mocno pachnąca ropą, tutejsza woda za to brązowa (tlenki żelaza) i pachnie siarkowodorem ale niezbyt mocno. Według strony o termach w Europie - w Tiszafüred leczone są: dolegliwości narządów ruchu,  schorzenia reumatyczne, choroby kobiece, paraliż i wiotczenie mięśni. To trzecie mnie nie dotyczy ale pozostałe jak najbardziej. Czuję, że ta woda dobrze na mnie działa, przede wszystkim uspokaja :)
I kolejny plusik dla tutejszych term - są bliżej Białegostoku niż Csokonyavisonta.

Po śniadaniu, półtorej godziny moczenia się w basenie, później zbieranie orzechów włoskich a teraz kawka i odpoczynek.



Dzisiejsze fotki.