środa, 5 września 2012

Dalej Bieszczady

Podobno dzień bez przygód jest dniem straconym. Rano, po drugiej herbacie, skończyła się butla gazowa, więc wymieniam a tu klops. Okazuje się, że nowa butla nie ma uszczelki gumowej i wszystko ucieka bokiem. Z pustej butli uszczelki nie można wyjąć więc jestem bez gazu.
Zbieram się więc, tankuje wodę, płacę za drugą noc i w drogę, w poszukiwaniu gazu. Najbliższa stacja benzynowa w Wetlinie. Po drodze zatrzymuję się przy sklepie w którym wymieniają butle (już nie mieli pełnych) i tam dowiaduję się, że taką uszczelkę najprędzej kupię dopiero w Lesku. No nic, jadę dalej. Na stacji benzynowej w Welinie, pani proponuje mi uszczelkę z jakiejś pustej butli no i po kłopocie.
W Ustrzykach G. Widziałem reklamę 1-dniowych wycieczek do Lwowa więc zadzwoniłem. Koszt 140 zł, na czwartek już nie ma miejsc a na sobotę jedno zostało, ale nam zadzwonić trochę późnij. Dzwoniłem kilka razy i ....... nic. NIE TO NIE !
Na śniadanie zajechałem do Chaty Wędrowca w Wetlinie.

14:00
Cisna. W centrum, kapliczka poświęcona ludziom z Bieszczad, miedzy innymi upamiętniony jest Majster Bieda z piosenki Bellona.


Upalnie, duszno, mam nadzieję, że wreszcie popada trochę. Wracam do Wetliny - tego gigantycznego naleśnika z jagodami nie odpuszczę :) A na noc chyba znowu Ustrzyki G.

16:00
No i znowu zmiana planów. Zaraz za Cisna, cztery młode osoby z plecakami zaczęły machać, by je zabrać i coś mnie tknęło zatrzymałem się i zabrałem czwórkę autostopowiczów. Okazało się ze to studenci ze Slovenska i planują nocleg na campingu w Ustrzykach Górnych, więc dzisiaj ten naleśnik sobie odpuściłem i pojechaliśmy prosto na camping :) 




Dzisiejsze fotki.

wtorek, 4 września 2012

Bieszczady - na własnych nogach

Na dzisiaj ambitne plany. Mruczek zostaje na campingu a ja, z plecaczkiem, w góry. Według lekarzy, na problemy z kręgosłupem najlepszy jest naturalny ruch, wiec ....... się leczę :)
Sprzęt mobilny biorę ze sobą mając nadzieję, że będzie  dostęp do sieci i będę mógł w przerwach  dopisywać kolejne swoje wrażenia.

10:30
Dotarłem do wiaty, wysokość wg GPSa ok 900 m, więc jestem mniej więcej w połowie drogi jeśli chodzi o wysokość. Kilka stromych podejść za mną, mam nadzieję, że dalej będzie spokojniej.

11:40
Udało mi się wyjść ponad buczynę, teraz już tylko trawy i borowina, wg GPSa ok 1150 m. Widoczki obłędne, pogoda jak na taką wyprawę - idealna.


17:30
Niestety, moje dalsze blogowanie z trasy się skończyło z powodów technicznych. Zniknęła polska sieć komórkowa a zgłosiła sie najpierw ukraińska z później Orange SK.
Trasa czerwonym szlakiem przez jest piękna, malownicza co chwila inny widok, inna perspektywa. Na prawdę warto się na nią wybrać, zdjęcia wszystkiego nie sa w stanie oddać.
Doszedłem do przełęczy pod Tarnicą i chociaż na ten szczyt zostało już niewiele - odpuściłem go sobie. Boląca stopa i kręgosłup  dały o sobie znać.


By móc samemu, bez pomocy zejść na dół postanowiłem nie ryzykować i schodziłem niebieskim szlakiem do Wołosatego. Trasa (na podejście) typowo siłowa - prosto w górę, współczuje tym, którzy nią podchodzili. W Wołosatym wsiadłem w mikrobusik i za 5 zł pojechałem do Ustrzyk Górnych.
Zmęczony ale baaaaardzo zadowolony jestem :)


Dzisiejsze fotki.

poniedziałek, 3 września 2012

Bieszczady

Nie przypuszczałem, że tak wiele osób będzie w niedziele wieczorem korzystało z bankomatów ale koło 23 się skończyło. Rano, koło 6, zjechałem z tego bankowego parkingu i jadę na południe, do Ustrzyk Górnych.
Po drodze mijam cerkiewki (jak w zeszłym roku, w Rumunii).


Widoków na razie niewiele, mgła jesienna, ale powoli się podnosi, nawet widać już trochę słońca, więc może nie będzie tak źle jak zapowiadają prognozy pogody.

13:00
Ustrzyki Górne, zatrzymałem się na campingu PTTK (10 człowiek, 19 przyczepa/kamper), odpoczywam i kombinuję, co dalej. Myślałm, że może disiaj gdzieś pójdę, ale za gorąco. Pewnie skończy się na słodkim lenistwie. Jutro jak się pogoda utrzyma, podjadę do Wołosatego.


Dzisiejsze fotki.

niedziela, 2 września 2012

Podkarpacie - ciąg dalszy

Wczoraj wieczorem koło Mruczka zaparkował kolega z Francji. Jest to dopiero drugi kamperek jakiego spotkałem teraz, na trasie z Białegostoku. Cała noc pod prądem więc nowy akumulator się porządnie doładował (sprawdzałem miernikiem, ma teraz napięcie 14,2 V).
Połaziłem po parku wokół muzeum. miejsce dość popularne wśród mieszkańców. Do środka nie wchodziłem. Zbieram się powoli - następny cel podróży to Przemyśl.

12:00
Jarosław, małe miasteczko na trasie. W rynku uroczy, niedawno odremontowany ratusz, starówka zamieniona w ciągi piesze, malownicza świątynia greko-katolicka i ....cisza, spokój.

13:00
Przemyśl, centrum podobnie zamknięte dla ruchu i bardzo dobrze. Zajechałem prawie na sam rynek i udało mi się zaparkować Mruczka. Stoi trochę dziwnie, ale żadnych znaków zakazu nie ma. Połaziłem trochę po centrum, strasznie ciasne miasto, dom w dom, kościoły pozasłaniane, tylko wieże widać z daleka. Obiadek na rynku, w Niedźwiadku i teraz myślę, co dalej. Chyba podjadę do Medyki, chociaż zobaczyć granicę.

16:00
Dojechałem do Medyki, zatrzymałem się na jednym z płatnych parkingów i połaziłem chwilę, pooglądałem, pogadałem z WOPistami. Smutno to wygląda, jeden wielki bazar z różnymi towarami i tłumek ludzi stojących przy drodze, każdy z butelką w ręce. Zatrzymał się samochód, kierowca kupuje jedna butelkę a tłumek biegnie do niego, może i od nich kupi - smutne, na prawdę smutne.
Od WOPistów dowiedziałem się, że po polskiej stronie wszystko idzie szybko ale po ukraińskiej bardzo różnie - minimum godzina postoju, ale bywa że i kilka godzin trzeba poczekać na podniesienie ostatniego szlabanu. Poza tym stanowczo odradzili mi jazdę na przejście w Krościenku - droga po ukraińskiej stronie  makabrycznie dziurawa, można wpaść samochodem tak, że później tylko dźwigiem można go wyciągnąć. Taką sama informację otrzymałem później od WOPistów w Krościenku.
Jadę więc w stronę Ustrzyk Dolnych, "Jadzia" wytyczyła trasę po swojemu czyli ...... przez lasy górki itp. Droga śliczna, malownicza, nawierzchnia niezła, tylko wąsko a ruch spory więc było trochę kłopotów przy mijankach ale widoki warte były tej zabawy.
W Ustrzykach Dolnych trafiłem na zakończenie regionalnych dożynek i właśnie na estradzie produkował sie człowiek z gitarą - leciały stare piosenki Wojtka Bellona, Stachury itp - echhhhh, łza się w oku zakręciła :)  Na nocleg zatrzymałem sie w samym centrum, stoję sobie spokojnie na parkingu, pod opieką kamery.


Takie miejsca  na nocleg lubię najbardziej :)


P.S. Zmieniam trochę strategię pisania na blogu. Postaram się od rana coś napisać, a później będę to uzupełniał z tableta.



Dzisiejsze fotki.

sobota, 1 września 2012

Podkarpacie

Noc spokojnie minęła, rano kilka kropli deszcze zapaskudziło przednią szybę i na tym się skończyły opady.
Odwiedziłem Leżajsk, szkoda że nie mogłem posłuchać tych organów, trzeba będzie kiedyś się wybrać na jakiś koncert czy festiwal. Sam wygląd, zdobienia też mają fantastyczne. Połaziłem, pooglądałem i dalej w drogę. Przez Łańcut tylko przejechałem - już tam łaziliśmy z Ewą a przy tej dusznej pogodzie jaka tutaj teraz jest - nie miałem ochoty na powtórkę pojechałem więc do Przeworska. W centrum - bazylika kolegiacka, rynek i ratusz. Na noc zatrzymałem się na skansenie-campingu   Pastewnik. Ciekawy maja cennik, za postawienie namiotu czy kampera nic się nie płaci - opłata jest "od głowy".
Jutro jeszcze zajrzę do muzeum, (dzisiaj było czynne tylko do 14) i dalej, w drogę.
Parno, duszno, termometr pokazywał nawet 32 stopnie, ale idą chmury i może jeszcze dzisiaj popada trochę.



Dzisiejsze fotki.

piątek, 31 sierpnia 2012

Ile można czekać

... na decyzję, która ma być podjęta "niezwłocznie". Po trzech miesiącach nadal nawet nie widać światełka w tunelu. Spakowałem się więc i w drogę.
W planie Bieszczady na początek a co będzie dalej, któż to wie. Wyjechałem wczoraj po południu i na nocleg, jak dwa lata temu, zajechałem do Janowa Podlaskiego.
Rano dalej w drogę. Poprzednim razem przez Lublin przejechałem bez zatrzymywania się, tym razem zaparkowałem przy bazarze pod zamkiem i zwiedzam. Kolejne miejsce w którym jeszcze nie byłem. Starówka urocza, ale wiele kamieniczek straszy pustymi oknami czy wręcz popękanym i odpadającym tynkiem.
Obiadek zjadłem na rynku i trzeba jechać dalej.

19:00
Na nocleg zatrzymałem się na stacji benzynowej (24 h) przed Biłgorajem. Mają nawet WiFi, słabe na zewnątrz i z zablokowanymi niektórymi portami.
 

Dzisiejsze fotki.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Powrót

Rano jadę dalej, do Warszawy, do Ewy. Po drodze jeszcze "obowiązkowy" postój przy termach w Mszczonowie, ale w okresie letnim, nie jest to dobry pomysł :) Jutro już do Białegostoku.



Dzisiejsze fotki.

środa, 1 sierpnia 2012

Na południe

Z samego rana wyjechałem z Torunia w stronę Ciechocinka. Wstyd się przyznać ale byłem tu po raz pierwszy. Tężnie zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Nie zdawałem sobie sprawy z ich wielkości. Stoją trzy, każda ma po około 700 m długości. Spacer wzdłuż wszystkich to około 3 km.

Później spacerek   po parku zdrojowym, do kamperka i w drogę. Kierunek Łódź. Niby byłem tu wiele raz ale tylko pociagiem, przejeżdżałem przez Kaliska, to cała moja znajomość z tym miastem.

Najpierw postój przy  manufakturze - świetny pomysł, pięknie to wygląda. Sklepy pewnie jak w każdym innym kompleksie handlowym (nie zwiedzałem) ale teren super wygląda.Później udało mi się znaleźć odpowiedni parking dla Mruczka zaraz koło Piotrkowskiej i spacer po tej najdłuższej ulicy.
Połaziłem pooglądałem - dobrze za zadbano o te ulicę ale na sąsiednich, dosłownie kilkadziesiąt metrów od Piotrkowskiej - kamienice szare, obdrapane, byle jakie. A po samej Piotrkowskiej, niby zamkniętej dla ruchu - jeździ, oprócz rowerzystów i riksz, sporo samochodów (taksówki, różne agencje ochrony itp) trudno się chodzi środkiem jezdni.

Okazało się, ze w Łodzi nie znalazłem campingu dla kampera, pojechałem dalej. W miejscowości Stróże stoi sobie stacja benzynowa, 24 godzinna i sympatyczny właściciel nie tylko pozwolił mi zostac na niej na noc, ale jeszcze zaproponował mi podłączenie sie do prądu :)


Dzisiejsze fotki.

wtorek, 31 lipca 2012

Wzdłuż Wisły

Wbrew pozorom - jadę w gore Wisły. Wystartowałem w Gdańsku, później Grudziądz, teraz dotarłem do Torunia. Co prawda nie jadę brzegiem rzeki ale noclegi sa nad sama Wisłą.

Po drodze "zaliczyłem" głośny zamek w Golubiu-Dobrzyniu. Wg mnie, mocno przereklamowane miejsce. Na pewno turnieje rycerskie są pięknie zorganizowane ale poza tym, zamek jak zamek, nic szczególnego. Eksponaty w  muzeum to w większości dary  z filmów (ze sławna kolubryna włącznie) lub współczesne kopie.

Toruń prześliczny. Jak byłem tu poprzednim razem (jeszcze w starym ustroju) starówka nie była taka zadbana ja teraz. Warto tutaj zaglądać od czasu do czasu i połazić po malowniczych, zakrzywionych uliczkach starego miasta. Camping nad sama rzeką, po drugiej stronie starówki. Wystarcza dwa kroki i można z mostu oglądać wieczorną iluminacje miasta.



Dzisiejsze fotki.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Grudziądz

Dojechałem tylko do Grudziądza, zatrzymały mnie solanki ale przecież nie mam powodu do pośpiechu. Gdańsk pożegnał mnie deszczem. Pojechałem bocznymi drogami, przez Tczew i Gniew bo nie miałem ochoty płacić za nowa autostradę. Tczew zrobił na mnie miłe wrażenie. Niewielkie miasteczko a widać że gospodarze starają się uje uatrakcyjnić. W centrum małe uliczki zamienili na deptak i fajnie to wygląda. Bardzo pozytywnie wygląda zamek, a raczej cały kompleks w Gniewie. Wszystko zadbane, uporządkowane, chociaż zamek cały czas jest odbudowywany i restaurowany. Jak już wszystko zrobią będzie to na prawdę bardzo ciekawe miejsce.

Przez Wisłę przeprawiłem się w Grudziądzu, połaziłem po starówce, tez restaurowanej i upiększanej i pojechałem na solanki. Za 20 zł nocleg na ich kamper parku (z podłączeniem do prądu, z możliwością skorzystania z prysznica i ubikacji w godzinach działania kąpieliska) - bardzo fajna sprawa.


Dzisiejsze fotki.

niedziela, 29 lipca 2012

Jarmark Dominikański

W nocy obudził mnie deszcz. Rano po niebie sunęły ciężkie,ołowiane chmury ale na szczęście nie padało. Pojechałem na starówkę, połazić trochę po Jarmarku. Ślicznie wyglądały i jeszcze piękniej pachniały stragany z pieczywem (dzisiaj było święto chleba).

W centrum sporo ludzi ze wschodu zarabiających graniem na  akordeonach. Przy każdym "stanowisku" albo dzieciak albo szczeniak - widać doszli do wniosku ze najlepiej jest grać na ludzkich uczuciach.

Zachciało mi się flądry - kiedyś była to najtańsza ryba w smażalniach, teraz, za małą flądrę z frytkami, surówką  i małym piwem zapłaciłem prawie 30 zł.
Jeszcze kurs promem do Sołdka i powrót na camping.  Miałem szczęście, dosłownie kilka minut po wejściu do kampera zaczęło grzmieć i solidnie padać. Dopiero pod wieczór się uspokoiło tak, że można się było przejść po wieczornej plaży.

Chyba na ten rok mam dość Trójmiasta - jutro ruszam w stronę Torunia.


Dzisiejsze fotki.

sobota, 28 lipca 2012

Sobota

Pogoda mnie pokonała. Rano, przed śniadaniem mały spacer po plaży. W wodzie pojawiło się sporo zielska, na piasku powyrzucane malutkie meduzy i ogromne ilości biedronek. Szybkie zakupy, bo skończył się zapas ogórków i pomidorów, śniadanie i odpoczynek.

Pooglądałem sobie ośrodek po drugiej stronie drogi - cichszy, spokojniejszy, cena prawie taka sama (30 kamperek z prądem + 15 zł za osobę). Między tym drugim ośrodkiem a plażą - uczelnia, duży nie najmłodszy budynek ale po ścianach i otoczeniu widać, że na nadmiar studentów nie cierpi. Takie czasy :(
Na obiadek zrobiłem sobie dużą porcję skromnego taratora, więcej przez panujący upał nie dało się zjeść. Wieczorny wypad do miasta, na otwarcie Jarmarku Dominikańskiego odpuściłem sobie.


Dzisiejsze fotki.

piątek, 27 lipca 2012

Upał

Kolejny upalny dzień, trudno wytrzymać nawet nad samym morzem. Podziwiam tych, którzy leżą na piasku i się smażą, jak rybki na patelni. Wsiadłem w tramwaj 8 i przejechałem całą trasę aż do Jelitkowa. Dalej powoli, spacerkiem w stronę sopockiego mola.


Zaryzykowałem i zjadłem zupkę rybną, smaczna była, mam nadzieję, że przeżyje :) 
==================
Połaziłem trochę po okolicach sopockiego mola - akurat trwała Cepeliada wiec i sery z Korycina, chlebek z Podlasia, stoisko Cejrowskiego z koszulami i różnymi specjałami. Morze spokojne, praktycznie bez fal za to z jakimś żółtym świństwem pływającym  na wierzchu. Na końcu mola, tam gdzie zawsze solidnie wiało - spokój, cisza, słońce prażyło niemiłosiernie. Po prostu UPAŁ.
Do Gdańska wróciłem SKM, nie chciało mi się turlać godzinę dwoma autobusami przy tej pogodzie.



Dzisiejsze fotki.

czwartek, 26 lipca 2012

Upalny Gdańsk

Dzień postanowiłem zacząć od wizyty na Dworcu Głównym, bo tam można kupić bilet 72 godzinny. Zrezygnowałem z Karty Turysty (13 zł + 40 zł za bilet 72 godzinny). i wybrałem bilet na komuniację bez SKM (nie planuje jeżdżenie pociągami) za jedyne 28 zł. Po drodze tramwaj którym jechałem  nawalił, najpierw dłuższy czas siedzieliśmy zamknięci w środku, bo nawet nie można było otworzyć drzwi. Później oczekiwanie aż następny skład przepchnie ten zepsuty. Tramwaje, w przeciwieństwie do autobusów, nie mogą ominąć zawalidrogi i jechać dalej :)
Bilet szczęśliwie kupiłem i spacerkiem poszedłem na starówkę. Przygotowania do zaczynającego się w sobotę Jarmarku Dominikańskiego idą pełną parą. Koło Zielonej Bramy zaokrętowałem się na statek białej żeglugi i na Westerplatte (poprzedni raz byłem tam chyba 40 lat temu). Z półwyspu wróciłem juz autobusem i tramwajem na camping, obiadek i odpoczynek.



Dzisiejsze fotki.

środa, 25 lipca 2012

Sopot a raczej Trójmiasto

Rano w Buczyńcu na godzinę wyłączyli prąd, jakby chcieli dać znać, że pora opuszczać ich teren :) Jadzia (czyli TomTom) na nowej 7 zupełnie głupieje, co chwila albo skręc w lewo, albo skręć w prawo no i oczywiście często "zawróć jeśli to możliwe".
Dojechałem spokojnie do Sopotu,  camping w Kamiennym Potoku. Pozmieniało się tutaj, górna część kiedyś wyłącznie dla kamperów zajęta, coś budują, jakby osadę małych  domków campingowych, dostępny jest tylko plac na dole, ale są sanitariaty, jest stanowisko sanitarne dla kamperów. Ceny podskoczyły - z prądem 57 za dobę, nie ma WiFi  i nie ma już ulgi na karnet campingowy.
Zaraz jadę do Gdańska, połazić trochę po starówce, coś zjeść a na wieczór do Sopotu, może się nawet pomoczę.

* * * * * * *

Wczoraj szukałem, dopiero dzisiaj znalazłem stronę z cennikiem campingu w Stogach .
Plaża blisko, tańszy (zapłacę 50 zł -5% za karnet), więc się przenoszę :) HE HE HE HE

No i zmieniłem lokalizację - płacić będę po 47 zł (w kamiennym Potoku wyliczyli ze 57), jest darmowe WiFi, knajpa za oknem (obiadki, kanapki, co dziennie świeże pieczywo, lody a nawet wino). No i jest miejscowy, rozpuszczony kot, z którym już zawarłem znajomość.


Dzisiejsze fotki.

wtorek, 24 lipca 2012

Dzień drugi - Buczyniec

No i nie pojechałem nigdzie, nie chciało mi się :) Prognozy pogody mówią, że ma być słonecznie i upalnie ale nie wspominają o tym, że już dzisiaj zacznie się chmurzyć. Czuć w powietrzu, że będą burze, jak nie dzisiaj to na pewno już jutro. Rozłożyłem markizę i obserwuje kolejne statki i jachty jeżdżące po trawie. Jedne kamperki odjeżdżają, nowe się pojawiają, ruch całkiem niezły. Przed chwilą podjechał mikrobusik, wysiadła miła dziewczyna i namawiała na 1/2 godzinny rejs statkiem. Mikrobusikiem dowożą i odwożą chętnych. Dbają o klientów :)


Dzisiejsze fotki.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Wyjazd

Pakowanie kapera na drogę  nie jest proste ale się udało i już o 12 wyjechałem z Białegostoku. Po drodze Łomża, zajechałem pod WSA, pogadałem ze swoja byłą studentką i pochwaliłem się Henrykowi kamperkiem :)
Na wieczór dojechałem do pochylni Buczyniec, na darmowy plac campingowy (darmowy nawet prąd), komary się natychmiast na mnie rzuciły i już jestem pokąsany mimo użycia OFFa i grubego ubrania.
Sieć jest (a raczej bywa czasami) tutaj tragiczna.
Jutro - Sopot.

Dzisiejsze fotki.

sobota, 21 lipca 2012

środa, 18 lipca 2012

Przygotowania

Już wakacje, trzeba zrobić przegląd, wymienić oleje i w drogę.





Niestety, okazało się, że nie tak łatwo (tanio) i szybko. Rozrząd już do wymiany, łożyska z przodu też, czyli trzeba przygotować ponad 1500 zł więcej. Mam nadzieję, że nic więcej nowego nie wyskoczy.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Powrót

Pogoda nadal deszczowa, pochmurne niebo żegnało mnie rano, w Wilnie. Droga spokojne, pusta - jak to na Litwie, na granicy nic szczególnego, żadnych zapowiadanych lotnych kontroli z okazji EURO 2012.
Zaskoczyła mnie litewska sieć  telefoniczna - po wjeździe do Polski, jeszcze kilkadziesiąt kilometrów sygnał  litewski był dobry i można było nadal korzystać z internetu na litewskim numerze.



Dzisiejsze fotki.

niedziela, 3 czerwca 2012

Wilno

Pisałem wczoraj o śniegu i wykrakałem. Co prawda nie śnieg ale grad i to trzy razy. W sumie to tez woda w temperaturze poniżej zera.

Rano pojechałem do centrum i tradycyjnie zacząłem od Ostrej Bramy. Później, na zmianę w deszczu i gradzie lub w ładnym słoneczku wędrowałem sobie po starówce wileńskiej.
Przez przypadek, jak zwykle, trafiłem pod Pałacem Prezydenckim na uroczystą zmianą flag (trzy litewskie zmieniali na .... trzy litewskie). Czyżby z okazji Dnia Ojca a może co tydzień tutaj jest taka uroczystość?  Nie mam pojęcia.


Dzisiejsze fotki.

sobota, 2 czerwca 2012

Wilno - mokre i zimne

Pogoda nas nie rozpieszcza. Wiatr, deszcz, zimno, ma się wrażenie ze za chwile będzie padać śnieg, chociaż to pierwsze dni czerwca.
Kilka załóg rano się zwinęło i pojechali szukać pewnie cieplejszych okolic a ja, ambitnie, na przystanek i do miasta. Trolejbus nr 16 zawiózł mnie na Stotis i dalej autobusem 34 pod sama Ostra Bramę.
Miałem trochę szczęścia, przestało mocno padać, tylko trochę kropiło, więc powoli, spacerkiem przez całą starówkę aż do zamku. Na rynku, pod ratuszem - dwudniowy festiwal orientalny - głownie kuchnia ale i inne ciekawostki tez były (wspólna gimnastyka, nauka kaligrafii, koreańskie gry towarzyskie).
Trochę pojadłem ale specjał tajski (kurczak w sosie z ryżem) był po prostu nijaki, chociaż ostry.
Później jeszcze spacerek traktem Gedymina, wizyta w MC Donaldzie (kawusia), drobne zakupy na kolację i jutrzejsze śniadanie i do autobusu, tym razem nr 53. Miałem okazje zobaczyć jak się w Wilnie sprawdza bilety komunikacji miejskiej. Na przystanek podjechała "Nyska", wysiadło z niej 6 panów, w odblaskowych kamizelkach i wsiadali całą ekipą do każdego autobusu (czy trolejbusu), który się zatrzymywał na przystanku. Sprawdzali wszystkich pasażerów, wysiadali i dopiero wtedy autobus odjeżdżał. Na prawdę było to wszystko robione szybko i sprawnie.
Autobusem na Stotis i znowu trajtek 16 i już jestem na campingu. Ledwie wszedłem do kampera - rozpadało się solidnie i teraz równo leje i chyba nawet grzmi.

Jako że obiad był orientalny, to kolacja będzie litewska. Kibiny (te mniejsze), wiadomo co to jest,  ale te duże pierogi mają tajemniczą jak na razie dla mnie zawartość. Etykieta w sklepie była oczywiście tylko po litewsku :)   


Dzisiejsze fotki.

piątek, 1 czerwca 2012

Do Wilna

Noc minęła spokojnie, szkoda tylko że "gospodyni" odjechała wcześniej niż ja się zwlokłem z łóżka, nie zdążyłem się pożegnać.
Po śniadanku, powoli jadę w stronę Wilna. Pierwszy przystanek niedaleko, stacja Statoil koło Lazdijai. Zaskoczyła mnie mile ładnie zorganizowanym punktem dostępowym WiFi, Duży stolik, przy którym można usiąść, wypić kawę, są tez 4 specjalne gniazdka, by można było podłączyć zasilacze komputerów. Luksus :) Kupiłem kolejną kartę telefoniczną PILDYK (koszt 4,50 Lt). Zgodnie z instrukcją, wysłałem SMSa uruchamiającego dodatkowy pakiet internetowy (koszt 2,50 Lt pobrane z salda) i mam na 7 dni, 150 MB transmisji. Można tez po dopłacie do pierwotnego salda, za 6,00 Lt wykupić 30 dniowy pakiet. Chorym na internet - polecam :)
Droga do Wilna tym razem bez niespodzianek w postaci radarów, droga tradycyjnie pusta, dopiero przy samym wjeździe do Wilna korek, bo tutaj tez budują nowe drogi i skrzyżowania. Krótki postój pod dworcem kolejowym (bankomat, wykupienie VILNIUS CITY CARD, tez polecam) i już jadę na camping. Niestety, od zeszłego roku niewiele się zmieniło, może oprócz tego ze już działa WiFi (zapłaciłem 5,0 Lt za dostęp, bez limitów, czyli praktycznie za hasło, wyjątkowo "skomplikowane" :)) Pogoda typowo wczasowa albo, jak się kiedyś mówiło, rumuńska więc zostaję w kamperze, mając nadzieję, że jutro chociaż trochę się poprawi i nie będzie tak równo padać.

Dzisiejsze fotki.

czwartek, 31 maja 2012

Na Litwę

Jak co roku, już od 10 lat, jadę na 2 czerwca do Wilna, do Ostrej Bramy. Na razie jeszcze w domu, Mruczek stoi już prawie gotowy do drogi. Plany, jak zwykle, "ambitne", tzn dzisiejsza noc planuje spędzić na samej granicy, w Ogrodnikach, koło budynku WOP. Mam nadzieje, że mnie nie wygonią :)

21:20

Stoję sobie grzecznie pod dawnym budynkiem WOP, koło kantoru wymiany czynnego cała dobę. W kantorze pracuje sympatyczna kobieta, porozmawialiśmy miło, zachwalałem kampery jak umiałem :) Udało mi się też wysłać kilka zdjęć, chociaż prędkość sieci tutaj, na samej granicy jest tragiczna. Jutro do Wilna, na camping. W zeszłym roku go budowali (w nowym miejscu) więc mam nadzieję z w tym roku będzie już wyglądało wiele lepiej.


Dzisiejsze fotki.

środa, 16 maja 2012

Ciągle Kraków

Nadal stoję na camper parku Elcampa w Krakowie i czekam na jeszcze jedna lampkę. Po sąsiedzku jest firma sprzedająca m.in. elektryczne skuterki. Fajnie wyglądają, ceny maja przyzwoite ale (zawsze jest jakieś ALE) - akumulatory ciężkie i praktycznie niewyjmowalne, czyli ładować trzeba stawiając cały skuter niedaleko gniazdka z prądem.
Dzisiejsze fotki.

wtorek, 15 maja 2012

Deszczowy Kraków

Od samego rana fachowcy znęcają się nad Mruczkiem. Jak w zeszłym roku, jeden palnik nie chce palić. Dodatkowo, lodówka odmówiła współpracy na gazie. Zgłosiłem też kłopoty z ładowaniem, bo niestety ciągnie się to od zeszłego roku. W Krakowie niewiele ludzi, taka pogoda nie zachęca do spacerów, na rynku praktycznie sama młodzież na szkolnych wycieczkach.
P.S. Tego posta pisze na tablecie :)



A teraz już z Mruczka.
Po spacerze po mokrym rynku u Floriańskiej, zajrzałem do kościoła Mariackiego - ołtarz cały w rusztowaniach i nie widać by przed EURO mieli skończyć. Później wyprawa na Kazimierz, mokry ale dzięki temu pusty. Zatrzymałem się przed jedna z restauracji, pan kelner tak ładnie i fachowo mnie zagadywał, że dałem się namówić i nie żałuję. Później już powrót do Elcampu i odpoczynek.
Dzisiejsze fotki.

poniedziałek, 14 maja 2012

W stronę Krakowa

Całe przedpołudnie przesiedzieliśmy przy komputerze, wprowadzałem ks Edwarda w tajniki Googla i jego różnych usług (blog, mapa, tłumacz itp). Po szybkim obiedzie - wyjazd do Krakowa, do Elcampu. Spory ruch na drodze, ciekawe jak to będzie wyglądało w czerwcu :) Na wieczór dojechałem na miejsce, zaraz zaprzyjaźniłem się ze ślicznym burym kocurem, kolacja i trzeba będzie szybko iść spać - jutro od 8 zabierają się za kamperka.
Dzisiejsze fotki.

niedziela, 13 maja 2012

Trzynasty maja

Od 19 lat nie lubię tej daty ......

Noc przeszła spokojnie, deszcz przestał padać i nawet w tej chwili słońce nieśmiało wygląda zza chmur. Po szybkim śniadaniu ja zostałem na gospodarstwie z komputerem (trzeba tradycyjnie porobić trochę porządków) a gospodarz pojechał do swoich zajęć.
W południe suma w miejscowym, zabytkowym kościele, później wyjazd na obiad do siostry gospodarza, pod Debicą. O 17 rozpoczął się mecz miejscowej ligi piłkarskiej, ale pogoda szybko nas wygoniła z boiska. Wieczorem, tradycyjnie, przy komputerze i na rozmowach.
Dzisiejsze fotki.

sobota, 12 maja 2012

Zaczynam trzeci sezon

Trochę później w tym roku, ale tak się złożyło. Pierwszy wypad, kilkudniowy, na południe Polski. Najpierw okolice Ropczyc (wieś Mała) - dostałem zaproszenie od księdza Edwarda, później w planie Kraków (kolejne drobne naprawy Mruczka).
Trasa wschodnią ścianą nudna, monotonna i tylko Jadzia umilała kilka razy życie. Zaczęła już w Białymstoku, bo uparła się, że jest krótsza trasa do Bielska Podlaskiego (a dokładniej do Plosek). Oczywiście, że jest, znam ją i dlatego nią nie chciałem jechać :) Później, w okolicach Lublina trochę poszalała - nie znała nowo wybudowanej drogi. Ale popis dała dopiero w Rzeszowie. Uparcie namawiała mnie na skręt w prawo i jazdę droga "szybkiego ruchu". Niestety - A4 w tym miejscu to kupa piachu i początki przęseł wiaduktów. Dałem się jej namówić i straciłem ponad pół godziny. PO powrocie na 19 - skręt na trasę do Krakowa Jadzia ma zupełnie pomieszany - albo proponowała bym zjechał gdzieś na trawnik albo prowadziła w środek, nie najnowszego bloku mieszkalnego - horror. Do Małej dotarłem niestety już po ciemku. I tu kolejna niespodzianka. Podjazd na podwórko po wysypanej żwirem mokrej ścieżce i Mruczek nie dawał rady. Kilka razy próbowałem, bez skutku. Na koniec gospodarz poprowadził nas od drugiej strony, polna droga, po trawie ale za to lekko w dół więc jakoś dojechałem. Jeszcze wizyta u rodzinki księdza Edwarda, i już można iść spać. Na jutro w planie bogaty program - zobaczymy co z tego wyjdzie.
Dzisiejsze fotki.

piątek, 17 lutego 2012

Zamiast wspomnienia

Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono

Takie było moje pierwsze spotkanie z Wisławą Szymborską. Ten cytat miałem jako temat pracy maturalnej. Od tamtego czasu upłynęło wiele lat w ciągu których życie wiele razy mnie sprawdzało. Robiłem takie rzeczy, o które bym się nigdy nie podejrzewał.

W ostatnich dniach inny cytat z poetki podtrzymywał mnie na duchu:

Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.



Ile wspaniałej mądrości jest w tych krótkich czterech wierszach
..... musisz minąć, miniesz.....

Tak - to JEST piękne

piątek, 13 stycznia 2012

Potyczki z GSM - ciąg dalszy

Opisywałem swoje testy z zagranicznymi operatorami GSM, teraz pora na krajowych operatorów.
Miałem przez kilkanaście lat abonament w PlusGSM. Ponieważ wszystko sie zmienia, zmieniło się też moje zapotrzebowanie na ilość minut rozmów i postanowiłem przenieść numer na prepaida.
Wszystko odbyło się sprawnie, tylko później okazało się, że ten sam człowiek, z tym samym numerem, jest dla PlusGSM zupełnie nowym klientem i chcąc korzystać z preferencji za staż, muszę poczekać kilka miesięcy.
Wnerwiłem się i postanowiłem przenieść się do Orange, gdzie mam inna kartę (Orange Free) która bardzo mi odpowiada, połączenia z internetem praktycznie za darmo, minuta rozmowy 29 gr, więc jak dla mnie oferta najkorzystniejsza.
Tu zaczęły się schody. Rozmawiałem w kilku salonach w Białymstoku, w każdym mówiono coś zupełnie innego.
W pierwszym poinformowano mnie, że jak przyjdę załatwiać przeniesienie numeru, to dostanę tymczasowo inna kartę, z innym numerem a po przeniesieniu, dostane kolejna kartę ze swoim starym numerem. Tylko, że na razie nie maja takich kart i muszę kilka dni poczekać.
W drugim salonie dowiedziałem się, że przeniesienie numeru załatwia od reki, wyjdę od nich już z przeniesionym numerem, tylko, że muszę poczekać kilka dni bo tez nie maja odpowiedniej karty SIM do przeniesienia.
No to trzecie salon - a tutaj najwięcej niespodzianek. Po pierwsze - jak się zgłoszę przed 15 to są duże szanse, że już następnego dnia numer będzie przeniesiony ale może to potrwać i dłużej. Powiedziałem sobie - trudno i pojechałem do tego salonu załatwiać sprawę.

Orange na swoich stronach namawiając do przeniesienia numeru do nich, zapewniają, że:

co zyskujesz

- aż 120 zł do wykorzystania na połączenia, SMS-y i MMS-y w Orange, na połączenia z numerami stacjonarnymi oraz na transfer danych (Internet)
- po 10 zł dodatkowo przy każdym z 12 pierwszych doładowań za 25zł lub więcej
- rok na wykorzystanie środków z doładowań



W poprzednich salonach potwierdzano te wersję. Natomiast w trzecim dowiedziałem się, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Okazało się, że muszę przez pierwsze 6 miesięcy systematycznie doładowywać konto po co najmniej 25 zł (dostanę za to, za każde takie doładowanie, 10 minut czyli 2,90 zł) ale jeśli nie będę doładowywał, to zostanę obciążony karą w wysokości 17,90 (malejąca po 2,90 miesięcznie).
Później muszę doładowywać po co najmniej 50 zł raz na 3 miesiące, też pod groźbą jakichś kar.
Więc zamiast marchewki, jest kij i to całkiem spory. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby operator od którego odchodzę nakładał na mnie jakieś kary - ale ten do którego przychodzę, zaczyna od straszenia karami ?
Kompletna paranoja !!!!!!

Wygląda na to, że jeśli chcę mieć dwa numery w Orange (stary Free i drugi, do rozmów) o wiele bardziej opłaca się po prostu zmienić nr, stary wywalić do kosza i kupić sobie nowy starter.

Jest jeszcze jedna możliwość - jeśli w innych salonach mówili co innego, to może i ta informacja jest warta funta kłaków ?

wtorek, 1 listopada 2011

Nocleg

Pomysł z noclegiem koło McDonalda i stacji BP był idiotyczny.
Hałas ruchu ulicznego, karetki na sygnale, tramwaje itp jeszcze bym zniósł, ale okazało się, że te 3 miejsca parkingowe wykorzystywane są przez pracowników McDonalda do prac porządkowych. Najpierw, koło 3 w nocy zaraz koło kamperka zaczęli składać puste pojemniki i skrzynki, jak skończyli przyjechała ciężarówka i głośnym podnośnikiem to wszystko ładowała. Pół godziny przerwy i następna ciężarówka, tym razem z dostawą. Palety (chyba z 7) poustawiane dookoła kamperka  i teraz  trwa rozcinanie folii, rozbijanie drewnianych opakowań. A wyjechać się nie da, muszę czekać na koniec tych prac.

wrrrrrrrrrr

poniedziałek, 31 października 2011

Święto Zmarłych



Dojechałem do Wrocławia. Niby tylko 600 km a z domy wyjechałem dwa dni temu :) Jak to mówią - "taki układ". Mruczka z jego sypialni mogłem zabrać w sobotę, do 15 (i tak właśnie zrobiłem) a w niedzielę jeszcze musiałem popracować. Później do Ewy, do Warszawy i dzisiaj, całkiem spokojnie (mimo komunikatów) pojechałem tradycyjna drogą, czyli S8.

Znowu zaczęły sie problemy z prądem, z ładowaniem. Jadę, wszystko jest OK i nagle kontrolka ładowania na panelu gaśnie. Zapala się dopiero, jak się zatrzymam, wyłączę światła i trochę podgazuję, ale tylko na chwilę. Już za Oleśnicą, czyli przed samym Wrocławiem, przypomniałem sobie, że mam mały elektroniczny miernik/wskaźnik napięcia (trzy diodki) i postanowiłem dokładniej zbadać te problemy z prądem. Zamontowałem w gniazdko zapalniczki samochodowej (czyli akumulator samochodowy) później podczepiłem pod akumulator zabudowy - jadę i obserwuję, że napięcie jest jakieś nieciekawe, żółty LED się pali zielony trochę pomruga i gaśnie, a silnik włączony i powinno się dobrze ładować. Zmartwiło mnie to mocno - alternator był przeglądany w Bialmocie, szczotki wymienione, wyglądało że wszystko jest OK a tu znowu klops. Zatrzymałem sie na nieoświetlonym parkingu, tuz przed  Długołęką i zastanawiam sie co robić. Przypomniałem sobie, że warto przy okazji "wyprowadzić kota". Pusta kasetę włożyłem do kampera, wracam do kabiny i zaczynam kolejne testy z prądem a tu miła niespodzianka. Wszystko jest OK, ładowanie w normie, miernik podczepiony pod oba akumulatory świeci zieloną kontrolką - ideał :)
Wystarczyło wyprowadzić kota - by poprawić ładowanie akumulatorów :) :)

I chyba wiem, w czym problem - nie chce teraz, poza Białymstokiem grzebać ale wygląda na to że i moduł jest OK, i obecny alternator jest wystarczający.


Stoję na razie na wylocie ul. Liskego, przy McDonaldzie i możliwe że tutaj będę nocował.

czwartek, 6 października 2011

Drobne naprawy

Po wakacyjnych podróżach nadszedł czas, by porobić kilka drobnych napraw. W Rumunii zauważyłem, że Mruczek "zamilkł" czyli klakson przestał działać. Kilka dni temu (w poniedziałek) w Bialmocie poradzili sobie z tym szybko - wymiana na nowy i już można trąbić.
Na dzisiaj byłem umówiony w Unimocie (białostocki serwis Trumy) na naprawę ogrzewania. Wodę można było nagrzać ale włączenie nawiewu kończyło się zapaleniem czerwonej kontrolki a w kamperku nadal było zimno (odczuliśmy to trochę na ostatnich noclegach). Po wstępnych oględzinach przez fachowca usłyszałem, że po prostu nie zapała się palnik od nawiewu i prawdopodobnie trzeba będzie ściągać multizawór i cała naprawa potrwa około tygodnia. Gdy zajechałem po południu dowiedziałem się, że już jest wszystko OK. Fachowcy wymienili tylko wypalone oringi i już ogrzewanie działa tak jak trzeba.

środa, 28 września 2011

Do Warszawy

Po śniadaniu przenieśliśmy się na parking koło Bramy Opatowskiej i poszliśmy na starówkę. Zaczęliśmy od zwiedzania podziemi - 40 minutowy spacer, z przewodnikiem, po starych, odrestaurowanych piwnicach pod starymi kamienicami. Później jeszcze spacerek po rynku i okolicach a na obiad daliśmy się skusić miejscowej pierogarni. Smaczne maja te pierogi no i wybór na prawdę duży.
Na wieczór dojechaliśmy do Warszawy.



Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 210 km. Mapka trasy .

wtorek, 27 września 2011

Z południa na północ

Po noclegu na stacji benzynowej koło Dukli  pojechaliśmy oglądać koniki w Odrzechowej. Później zahaczyliśmy o Łańcut, pochodziliśmy trochę po parku i dalej w drogę, do Sandomierza. Nocujemy na Campingu Browarny.



Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 240 km. Mapka trasy .

poniedziałek, 26 września 2011

Wracamy powoli

Rano, po śniadaniu pluskanie się w termach w Kisvarda i do Sarospatak, tam też są termy.
(więcej dopisze później)
Na nocleg zatrzymaliśmy się na placu dla TIRów, koło stacji benzynowej, zaraz za Duklą.


Nasza lokalizacja: N 49° 33.961, E 21° 41.504

Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 220 km. Mapka trasy .

niedziela, 25 września 2011

După România

W tytule nie ma żadnego brzydkiego wyrazu - to jest po prostu po rumuńsku.
Przez Sapantę, gdzie jest najwyższy na świecie drewniany kościół i tzw wesoły cmentarz, dojechaliśmy do Satu Mare. Oczywiście znowu serpentyny, patelnie i tym podobne "przyjemności". Przekroczyliśmy granicę na Węgry, drobne (ha ha ha) zakupy w TESCO i dotarliśmy do Kisvarda. Camping na terenie kąpieliska, jest też oczywiście basen z ciepłą, leczniczą wodą (38 stopni).

Nasza lokalizacja: N 48° 13.937, E 22° 4.090

Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 210 km. Mapka trasy .

sobota, 24 września 2011

Cerkiewki

Nie ma to jak troskliwy gospodarz. Pan, który pilnuje tutaj campingu jest bardzo troskliwy i chętnie pokazał gdzie jest najbliższy sklep a nawet mnie do niego zaprowadził. Co chwila zaglądał do kampera a to z informacją że woda już nagrzana i można się kąpać, a to że zaprasza na TV, albo że jest też barek i można sobie coś dokupić do picia, albo  .....
A podobno to na Podlasiu ludzie są "namolni" :)

Dzisiaj w planie kilka (może i kilkanaście) starych, drewnianych, zabytkowych cerkiewek. A na nocleg pewnie wrócimy tutaj, na ten camping.




Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 140 km. Mapka trasy .

piątek, 23 września 2011

Rumuńskie drogi

Noc spędziliśmy spokojnie, tylko poranny ruch na ulicach nas wcześniej obudził. Po śniadaniu i kawce w kafejce na stacji benzynowej ruszyliśmy w dalsza trasę. Najpierw przez miasto (wypada obejrzeć jeśli się w nim nocowało), później dalej, w stronę Baia Mare. Droga cały czas w remoncie, co chwila zwężenie, co chwila jakiś człowiek kierujący ruchem. Ale jakoś udało się dojechać. Znowu przejażdżka po mieście, w centrum właśnie zaczął się jakiś trzy dniowy festyn ale się nie zatrzymywaliśmy i pojechaliśmy pooglądać stary zabytkowy kościółek, wpisany na listę Unesco w Şurdeşti. Później powrót na główną drogę  nr 18 i jazda do Sigethu Marmetiei.
Powiedzieć, że ta droga jest kreta to za mało - znak drogowy ostrzegający o niebezpiecznych zakrętach pod spodem miał informacje ze to dotyczy odcinka 18 km. Tak jakoś udało się dojechać na szczyt a zaraz za nim kolejny znak - tym razem już tylko 11 km  I większość zakrętów po ponad 180 stopni. Krótki postój w Mara przy restauracji rybnej , koło wysokiego wodospadu i wreszcie dojechaliśmy do Sigethu Marmetiei. W przewodniku jest napisane, ze jest tu informacja turystyczna ale tubylcy nic o tym nie wiedzą, a taksówkarz przekonywał nas, że nic takiego nie ma. Wypytując ludzi i porównując informację - trafiliśmy na sympatyczny Hostel and Camping IZA. Cena przyzwoita - 56 leji (czyli niecałe 60 zł) za dwie osoby, z prądem i WiFI.

Nasza lokalizacja: N 47° 56.016, E 23° 54.292

Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 200 km. Mapka trasy .

czwartek, 22 września 2011

Kierunek - Rumunia

Decyzja zapadła, dzisiaj wjeżdżamy do Rumunii (Oradea). Dla mnie to ciągle "dziki" kraj, ale ja widziałem Rumunię od środka ponad 25 lat temu, więc mam nadzieję, że sporo się u nich zmieniło. Nie mam pojęcia jak tam będzie z dostępem do internetu, więc przez kilka dni mogę się tutaj nie odzywać.

21:00 (22:00 miejscowego czasu)

Jeszcze w Debreczynie zrobiliśmy zakupy (winogrona, pieczywo i inne drobiazgi) i jazda w stronę granicy.
Rumunia nie jest jeszcze w "Shengen", więc w sumie dwa przejścia graniczne: węgierskie i rumuńskie. Między przejściami postanowiłem kupić obowiązkową w Rumunii winietę. Jest kilka punktów, ale większość zamknięta. Po spacerze od jednego do drugiego punktu wreszcie znalazłem taki, który był czynny. Po pierwsze okazało się, że za kampera zapłacę drożej, niż za osobowy (jak za dostawczy do 3,5T). Po drugie, usłyszałem od dziewczyny sprzedającej winiety ze płacę 8E, zapłaciłem i dostałem rachunek na 6E. Jakoś zupełnie mnie to nie zdziwiło :) Panie ze straży granicznej tylko wypytała nas dokąd jedziemy i była lekko zdziwiona ze nie do Bułgarii ale kontrolę celną nam darowano i pozwolono jechać dalej.
Około 30 kilometrów za Oradeą fajny, duży parking dla TIRów, z restauracją, sanitariatami i nawet klubem nocnych uciech za miedzą. Nocleg TIRa kosztuje 20 leji, w to wliczony jest prysznic (kiedyś było też śniadanie, ale już je wykreślono z tablicy informacyjnej).
W miejscowości Alesd, wspaniała Jadzia (czyli TomTom) kazała skręcić w lewo i się zaczęło..... Wąska kręta droga, zapadające się pobocza, brak barierek na poboczach, w dodatku remontowana, co dodatkowo utrudniało jazdę. Gdy już wydrapaliśmy się jakoś na najwyższy punkt drogi, czekały na nas następne niespodzianki. A to samotnie podróżujący koń, ze spętanymi łańcuchem nogami, który był bardzo zdziwiony naszym widokiem, a to stada krów maszerujących dostojnie z pastwiska do domów (bo okazało się, że są to krowy z różnych gospodarstw). Przy kolejnym, sporym stadzie zatrzymałem się z tyłu i chciałem przeczekać aż dojdą na miejsce. Człowiek który je prowadził, kazał jechać mimo wszystko a jakiś miejscowy, dostawczakiem, pokazał jak się mija takie stado. Po prostu wjechał między krowy bez pardonu, rozepchną je i pojechał dalej.
Niestety, żadnego osiołka, na którego czekała Ewa nie spotkaliśmy.
Dojechaliśmy wreszcie do Zalau, stoimy na stacji benzynowej i nawet jest internet :)

Nasza pozycja: N 47° 12.090, E 23° 3.286

Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 200 km. Mapka trasy .

środa, 21 września 2011

Wielka Nizina Węgierska

Po śniadaniu pojechaliśmy na koniki. Zwiedzanie Puszty, powozami, z pokazami pasterzy zajęło nam około dwóch godzin.Bardzo sympatyczna impreza, fajnie zrobione pokazy i nawet pozwolili na chwilę wsiąść na konia i poudawać jeźdźca. Później pojechaliśmy do Hajduszoboszlo - znane i popularne termy. Tak popularne wśród Polaków, że w mieście dużo napisów po polsku, pani sprzedająca langose w budce mówiła bardzo dobrze po polsku, na parkingu koło term i campingu stały dwa polskie autokary. Sam camping olbrzym, z parcelami, informacjami też oczywiście po polsku - ale drogi strasznie. Pobieżny rachunek wykazał, że za jedna noc musielibyśmy zapłacić ponad 25E i nie wiadomo czy w tym byłby wstęp na termy. Zrezygnowaliśmy z tych "luksusów" i pojechaliśmy do Debreczyna - mały spacer po centrum, przy okazji wizyta w banku (bankomat) i na nocleg zatrzymaliśmy się na campingu przy kąpielisku miejskim. Tutaj, oczywiście też jest ciepłe źródło (ok 39 stopni). Camping wygląda rozsądnie a kąpielisko pamięta poprzedni ustrój :)

Nasza lokalizacja: N 47° 30.496, E 21° 38.301

Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 60 km. Mapka trasy .

wtorek, 20 września 2011

Węgry

W nocy trochę popadało i na szczęście jest chłodnej.  Obejrzeliśmy termy w Bogacz, nie wzbudziły w nas zachwytu (co kto lubi). Campingów tutaj jest kilka, ten na którym nocowaliśmy jest chyba najtańszy. Wystarczy porównać cenę za podłączenie do prądu - na "naszym" płaciliśmy 300 ft - na campingu który się mieści bezpośrednio na terenie term podłączenie do prądu kosztuje 700 ft.
Pojechaliśmy następnie w okolice Egeru, dokładnie do Egerszalok, by zobaczyć "węgierskie Pammukale", czyli fantastyczna górę z osadów kalcytowych, jakie robi źródło tryskające tam w wyniku odwiertów z 1961 roku. Wygląda to ślicznie ale ten zapach (siarkowodór) jest tragiczny. Dosłownie kilka km wcześniej jest nowo wybudowany (a raczej ciągle jeszcze budowany) ośrodek w Demjen.
Pożegnaliśmy się z górami Bukowymi i jedziemy w stronę Puszty, do Hortobagy  przez jezioro Tisza i Tiszafured. termal camping jaki tam był, tez nas nie zachwycił, chociaż trzeba przyznać, że duży i ładnie utrzymany - parcele jak w Heviz. Na wieczór dotarliśmy do Hortobagy, nocleg na jedynym tutaj campingu (dość drogi, dwie osoby z podłączeniem do prądu - ponad 6000 ft). jeszcze wieczorny spacerek, kawka i apetyczny muskat i można iść spać.

Nasza lokalizacja: N 47° 34.766, E 21° 08.913


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 130 km. Mapka trasy .

poniedziałek, 19 września 2011

Na wschód od Budapesztu

Rano przejechaliśmy na stronę węgierską i nad Dunajem zjedliśmy śniadanie. Później wzdłuż Dunaju, do Vyszehradu (śliczny zamek na górze), krótki postój w Szentendre i na autostradę M3 w kierunku wschodnim. Po drodze jakies małe jedzonko na jednym za parkingów. Pod wieczor dojechaliśmy do Egeru, odwiedziliśmy tzw Dolinę Pięknych Kobiet gdzie pan parkingowy powitał nas po polsku. Naleśniki i szukanie campingu. Jadzia zaprowadziła nas na przystanek autobusowy i stwierdziła stanowczo - "dotarłeś do celu" . Pojechaliśmy więc do Bogacs, stoimy na campingu.


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 230 km. Mapka trasy .

niedziela, 18 września 2011

Budapeszt

Dzisiejsza pogoda mnie wykończyła. Rano było ładnie, słoneczko i niezbyt ciepło ale temperatura wzrosła dość szybko, dodatkowo było parno i duszno.
Rano wybrałem się HEV czyli kolejką podmiejską do Aquincum, pozostałości po starym, rzymskim mieście. Później w planach był spacer wzdłóż całej wyspy Małgorzaty ale zabrakło sił więc przejechałem ja autobusem miejskim.
Pakowanie, tankowanie i inne tego typu czynności i wyjazd do Sturova, po Ewę. Nocujemy w Sturovie, w tym samym miejscu co kilkanaście dni temu.



Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 60 km. Mapka trasy .

sobota, 17 września 2011

Budapeszt

To miasto jak zawsze mnie zachwyca i to nie tylko swoja architektura, położeniem, przepięknymi widokami na Dunaj i przez Dunaj ale również i ludźmi.Prawie dwu milionowe miast, ruch na ulicach tutaj od kiedy pamiętam (pierwszy raz byłem tuta ponad 30 lat temu) był bardzo duży. A klaksonów nie słychać, nikt na nikogo się nie wydziera, wręcz przeciwnie, kierowcy jedni drugich wpuszczają a bocznych uliczek. Jak jakiś pieszy przechodzi przez jezdnie poza pasami to często kierowca się zatrzyma by go przepuścić. Byłem świadkiem, jak autobus miejski celowo wpuszczał samochody osobowe i to na węgierskiej rejestracji. Co więcej - wpuścił tez rowerzystę przed siebie - nie do pomyślenia u nas w Polsce, a szkoda. A tych Madziarów pozdrawiających mnie przez ostatni tydzień na drogach nie policzę. Ciężko się szukało geocachy, bo jak tylko się gdzieś zatrzymałem Mruczkiem to spod ziemi wyrastał jakiś człowiek (lub zatrzymywało się auto na węgierskich numerach) i oferował swoją pomoc.
Rano, po śniadaniu pojechałem na geocache do dzielnicy północnej czyli do Ujpestu. Trochę bloków jak u nas, trochę domków jednorodzinnych - sobota, więc cisza, spokój ruch niewielki więc ten spacer oceniam bardzo miło. Na  drugie śniadanie zjadłem po drodze langosa w jakimś barku dla tubylców (tylko wysmarowany wyciśniętym czosnkiem - pycha) a na obiad zajechałem w okolice Placu Bohaterów. Koni zatrzęsienie, ludzi niestety też. Cały plac i okolice (centrum miasta) zamknięte. Dzisiaj były różne pokazy - ekwilibrystyka na koniach, różne formacje w historycznych strojach ale najlepiej było to widać na telebimach (bo oczywiście TV to transmitowała). Zjadłem sobie podwójna porcje zupki gulaszowej, popiłem szklanka szampana i na deser uraczyłem się wspaniałym, ciepłym, prosto z pieca ciastem z wiśniami. Jakby tego było mało na festynie pojawiła się oryginalna orkiestra cygańska (niestety, bez cymbałów) i zagrała między innymi oczywiście "OZO SIP) :) Ledwie żywy, już po ciemku, wróciłam na camping.


Dzisiejsze fotki. Postój