poniedziałek, 30 lipca 2012

Grudziądz

Dojechałem tylko do Grudziądza, zatrzymały mnie solanki ale przecież nie mam powodu do pośpiechu. Gdańsk pożegnał mnie deszczem. Pojechałem bocznymi drogami, przez Tczew i Gniew bo nie miałem ochoty płacić za nowa autostradę. Tczew zrobił na mnie miłe wrażenie. Niewielkie miasteczko a widać że gospodarze starają się uje uatrakcyjnić. W centrum małe uliczki zamienili na deptak i fajnie to wygląda. Bardzo pozytywnie wygląda zamek, a raczej cały kompleks w Gniewie. Wszystko zadbane, uporządkowane, chociaż zamek cały czas jest odbudowywany i restaurowany. Jak już wszystko zrobią będzie to na prawdę bardzo ciekawe miejsce.

Przez Wisłę przeprawiłem się w Grudziądzu, połaziłem po starówce, tez restaurowanej i upiększanej i pojechałem na solanki. Za 20 zł nocleg na ich kamper parku (z podłączeniem do prądu, z możliwością skorzystania z prysznica i ubikacji w godzinach działania kąpieliska) - bardzo fajna sprawa.


Dzisiejsze fotki.

niedziela, 29 lipca 2012

Jarmark Dominikański

W nocy obudził mnie deszcz. Rano po niebie sunęły ciężkie,ołowiane chmury ale na szczęście nie padało. Pojechałem na starówkę, połazić trochę po Jarmarku. Ślicznie wyglądały i jeszcze piękniej pachniały stragany z pieczywem (dzisiaj było święto chleba).

W centrum sporo ludzi ze wschodu zarabiających graniem na  akordeonach. Przy każdym "stanowisku" albo dzieciak albo szczeniak - widać doszli do wniosku ze najlepiej jest grać na ludzkich uczuciach.

Zachciało mi się flądry - kiedyś była to najtańsza ryba w smażalniach, teraz, za małą flądrę z frytkami, surówką  i małym piwem zapłaciłem prawie 30 zł.
Jeszcze kurs promem do Sołdka i powrót na camping.  Miałem szczęście, dosłownie kilka minut po wejściu do kampera zaczęło grzmieć i solidnie padać. Dopiero pod wieczór się uspokoiło tak, że można się było przejść po wieczornej plaży.

Chyba na ten rok mam dość Trójmiasta - jutro ruszam w stronę Torunia.


Dzisiejsze fotki.

sobota, 28 lipca 2012

Sobota

Pogoda mnie pokonała. Rano, przed śniadaniem mały spacer po plaży. W wodzie pojawiło się sporo zielska, na piasku powyrzucane malutkie meduzy i ogromne ilości biedronek. Szybkie zakupy, bo skończył się zapas ogórków i pomidorów, śniadanie i odpoczynek.

Pooglądałem sobie ośrodek po drugiej stronie drogi - cichszy, spokojniejszy, cena prawie taka sama (30 kamperek z prądem + 15 zł za osobę). Między tym drugim ośrodkiem a plażą - uczelnia, duży nie najmłodszy budynek ale po ścianach i otoczeniu widać, że na nadmiar studentów nie cierpi. Takie czasy :(
Na obiadek zrobiłem sobie dużą porcję skromnego taratora, więcej przez panujący upał nie dało się zjeść. Wieczorny wypad do miasta, na otwarcie Jarmarku Dominikańskiego odpuściłem sobie.


Dzisiejsze fotki.

piątek, 27 lipca 2012

Upał

Kolejny upalny dzień, trudno wytrzymać nawet nad samym morzem. Podziwiam tych, którzy leżą na piasku i się smażą, jak rybki na patelni. Wsiadłem w tramwaj 8 i przejechałem całą trasę aż do Jelitkowa. Dalej powoli, spacerkiem w stronę sopockiego mola.


Zaryzykowałem i zjadłem zupkę rybną, smaczna była, mam nadzieję, że przeżyje :) 
==================
Połaziłem trochę po okolicach sopockiego mola - akurat trwała Cepeliada wiec i sery z Korycina, chlebek z Podlasia, stoisko Cejrowskiego z koszulami i różnymi specjałami. Morze spokojne, praktycznie bez fal za to z jakimś żółtym świństwem pływającym  na wierzchu. Na końcu mola, tam gdzie zawsze solidnie wiało - spokój, cisza, słońce prażyło niemiłosiernie. Po prostu UPAŁ.
Do Gdańska wróciłem SKM, nie chciało mi się turlać godzinę dwoma autobusami przy tej pogodzie.



Dzisiejsze fotki.

czwartek, 26 lipca 2012

Upalny Gdańsk

Dzień postanowiłem zacząć od wizyty na Dworcu Głównym, bo tam można kupić bilet 72 godzinny. Zrezygnowałem z Karty Turysty (13 zł + 40 zł za bilet 72 godzinny). i wybrałem bilet na komuniację bez SKM (nie planuje jeżdżenie pociągami) za jedyne 28 zł. Po drodze tramwaj którym jechałem  nawalił, najpierw dłuższy czas siedzieliśmy zamknięci w środku, bo nawet nie można było otworzyć drzwi. Później oczekiwanie aż następny skład przepchnie ten zepsuty. Tramwaje, w przeciwieństwie do autobusów, nie mogą ominąć zawalidrogi i jechać dalej :)
Bilet szczęśliwie kupiłem i spacerkiem poszedłem na starówkę. Przygotowania do zaczynającego się w sobotę Jarmarku Dominikańskiego idą pełną parą. Koło Zielonej Bramy zaokrętowałem się na statek białej żeglugi i na Westerplatte (poprzedni raz byłem tam chyba 40 lat temu). Z półwyspu wróciłem juz autobusem i tramwajem na camping, obiadek i odpoczynek.



Dzisiejsze fotki.

środa, 25 lipca 2012

Sopot a raczej Trójmiasto

Rano w Buczyńcu na godzinę wyłączyli prąd, jakby chcieli dać znać, że pora opuszczać ich teren :) Jadzia (czyli TomTom) na nowej 7 zupełnie głupieje, co chwila albo skręc w lewo, albo skręć w prawo no i oczywiście często "zawróć jeśli to możliwe".
Dojechałem spokojnie do Sopotu,  camping w Kamiennym Potoku. Pozmieniało się tutaj, górna część kiedyś wyłącznie dla kamperów zajęta, coś budują, jakby osadę małych  domków campingowych, dostępny jest tylko plac na dole, ale są sanitariaty, jest stanowisko sanitarne dla kamperów. Ceny podskoczyły - z prądem 57 za dobę, nie ma WiFi  i nie ma już ulgi na karnet campingowy.
Zaraz jadę do Gdańska, połazić trochę po starówce, coś zjeść a na wieczór do Sopotu, może się nawet pomoczę.

* * * * * * *

Wczoraj szukałem, dopiero dzisiaj znalazłem stronę z cennikiem campingu w Stogach .
Plaża blisko, tańszy (zapłacę 50 zł -5% za karnet), więc się przenoszę :) HE HE HE HE

No i zmieniłem lokalizację - płacić będę po 47 zł (w kamiennym Potoku wyliczyli ze 57), jest darmowe WiFi, knajpa za oknem (obiadki, kanapki, co dziennie świeże pieczywo, lody a nawet wino). No i jest miejscowy, rozpuszczony kot, z którym już zawarłem znajomość.


Dzisiejsze fotki.

wtorek, 24 lipca 2012

Dzień drugi - Buczyniec

No i nie pojechałem nigdzie, nie chciało mi się :) Prognozy pogody mówią, że ma być słonecznie i upalnie ale nie wspominają o tym, że już dzisiaj zacznie się chmurzyć. Czuć w powietrzu, że będą burze, jak nie dzisiaj to na pewno już jutro. Rozłożyłem markizę i obserwuje kolejne statki i jachty jeżdżące po trawie. Jedne kamperki odjeżdżają, nowe się pojawiają, ruch całkiem niezły. Przed chwilą podjechał mikrobusik, wysiadła miła dziewczyna i namawiała na 1/2 godzinny rejs statkiem. Mikrobusikiem dowożą i odwożą chętnych. Dbają o klientów :)


Dzisiejsze fotki.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Wyjazd

Pakowanie kapera na drogę  nie jest proste ale się udało i już o 12 wyjechałem z Białegostoku. Po drodze Łomża, zajechałem pod WSA, pogadałem ze swoja byłą studentką i pochwaliłem się Henrykowi kamperkiem :)
Na wieczór dojechałem do pochylni Buczyniec, na darmowy plac campingowy (darmowy nawet prąd), komary się natychmiast na mnie rzuciły i już jestem pokąsany mimo użycia OFFa i grubego ubrania.
Sieć jest (a raczej bywa czasami) tutaj tragiczna.
Jutro - Sopot.

Dzisiejsze fotki.

sobota, 21 lipca 2012

środa, 18 lipca 2012

Przygotowania

Już wakacje, trzeba zrobić przegląd, wymienić oleje i w drogę.





Niestety, okazało się, że nie tak łatwo (tanio) i szybko. Rozrząd już do wymiany, łożyska z przodu też, czyli trzeba przygotować ponad 1500 zł więcej. Mam nadzieję, że nic więcej nowego nie wyskoczy.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Powrót

Pogoda nadal deszczowa, pochmurne niebo żegnało mnie rano, w Wilnie. Droga spokojne, pusta - jak to na Litwie, na granicy nic szczególnego, żadnych zapowiadanych lotnych kontroli z okazji EURO 2012.
Zaskoczyła mnie litewska sieć  telefoniczna - po wjeździe do Polski, jeszcze kilkadziesiąt kilometrów sygnał  litewski był dobry i można było nadal korzystać z internetu na litewskim numerze.



Dzisiejsze fotki.

niedziela, 3 czerwca 2012

Wilno

Pisałem wczoraj o śniegu i wykrakałem. Co prawda nie śnieg ale grad i to trzy razy. W sumie to tez woda w temperaturze poniżej zera.

Rano pojechałem do centrum i tradycyjnie zacząłem od Ostrej Bramy. Później, na zmianę w deszczu i gradzie lub w ładnym słoneczku wędrowałem sobie po starówce wileńskiej.
Przez przypadek, jak zwykle, trafiłem pod Pałacem Prezydenckim na uroczystą zmianą flag (trzy litewskie zmieniali na .... trzy litewskie). Czyżby z okazji Dnia Ojca a może co tydzień tutaj jest taka uroczystość?  Nie mam pojęcia.


Dzisiejsze fotki.

sobota, 2 czerwca 2012

Wilno - mokre i zimne

Pogoda nas nie rozpieszcza. Wiatr, deszcz, zimno, ma się wrażenie ze za chwile będzie padać śnieg, chociaż to pierwsze dni czerwca.
Kilka załóg rano się zwinęło i pojechali szukać pewnie cieplejszych okolic a ja, ambitnie, na przystanek i do miasta. Trolejbus nr 16 zawiózł mnie na Stotis i dalej autobusem 34 pod sama Ostra Bramę.
Miałem trochę szczęścia, przestało mocno padać, tylko trochę kropiło, więc powoli, spacerkiem przez całą starówkę aż do zamku. Na rynku, pod ratuszem - dwudniowy festiwal orientalny - głownie kuchnia ale i inne ciekawostki tez były (wspólna gimnastyka, nauka kaligrafii, koreańskie gry towarzyskie).
Trochę pojadłem ale specjał tajski (kurczak w sosie z ryżem) był po prostu nijaki, chociaż ostry.
Później jeszcze spacerek traktem Gedymina, wizyta w MC Donaldzie (kawusia), drobne zakupy na kolację i jutrzejsze śniadanie i do autobusu, tym razem nr 53. Miałem okazje zobaczyć jak się w Wilnie sprawdza bilety komunikacji miejskiej. Na przystanek podjechała "Nyska", wysiadło z niej 6 panów, w odblaskowych kamizelkach i wsiadali całą ekipą do każdego autobusu (czy trolejbusu), który się zatrzymywał na przystanku. Sprawdzali wszystkich pasażerów, wysiadali i dopiero wtedy autobus odjeżdżał. Na prawdę było to wszystko robione szybko i sprawnie.
Autobusem na Stotis i znowu trajtek 16 i już jestem na campingu. Ledwie wszedłem do kampera - rozpadało się solidnie i teraz równo leje i chyba nawet grzmi.

Jako że obiad był orientalny, to kolacja będzie litewska. Kibiny (te mniejsze), wiadomo co to jest,  ale te duże pierogi mają tajemniczą jak na razie dla mnie zawartość. Etykieta w sklepie była oczywiście tylko po litewsku :)   


Dzisiejsze fotki.

piątek, 1 czerwca 2012

Do Wilna

Noc minęła spokojnie, szkoda tylko że "gospodyni" odjechała wcześniej niż ja się zwlokłem z łóżka, nie zdążyłem się pożegnać.
Po śniadanku, powoli jadę w stronę Wilna. Pierwszy przystanek niedaleko, stacja Statoil koło Lazdijai. Zaskoczyła mnie mile ładnie zorganizowanym punktem dostępowym WiFi, Duży stolik, przy którym można usiąść, wypić kawę, są tez 4 specjalne gniazdka, by można było podłączyć zasilacze komputerów. Luksus :) Kupiłem kolejną kartę telefoniczną PILDYK (koszt 4,50 Lt). Zgodnie z instrukcją, wysłałem SMSa uruchamiającego dodatkowy pakiet internetowy (koszt 2,50 Lt pobrane z salda) i mam na 7 dni, 150 MB transmisji. Można tez po dopłacie do pierwotnego salda, za 6,00 Lt wykupić 30 dniowy pakiet. Chorym na internet - polecam :)
Droga do Wilna tym razem bez niespodzianek w postaci radarów, droga tradycyjnie pusta, dopiero przy samym wjeździe do Wilna korek, bo tutaj tez budują nowe drogi i skrzyżowania. Krótki postój pod dworcem kolejowym (bankomat, wykupienie VILNIUS CITY CARD, tez polecam) i już jadę na camping. Niestety, od zeszłego roku niewiele się zmieniło, może oprócz tego ze już działa WiFi (zapłaciłem 5,0 Lt za dostęp, bez limitów, czyli praktycznie za hasło, wyjątkowo "skomplikowane" :)) Pogoda typowo wczasowa albo, jak się kiedyś mówiło, rumuńska więc zostaję w kamperze, mając nadzieję, że jutro chociaż trochę się poprawi i nie będzie tak równo padać.

Dzisiejsze fotki.

czwartek, 31 maja 2012

Na Litwę

Jak co roku, już od 10 lat, jadę na 2 czerwca do Wilna, do Ostrej Bramy. Na razie jeszcze w domu, Mruczek stoi już prawie gotowy do drogi. Plany, jak zwykle, "ambitne", tzn dzisiejsza noc planuje spędzić na samej granicy, w Ogrodnikach, koło budynku WOP. Mam nadzieje, że mnie nie wygonią :)

21:20

Stoję sobie grzecznie pod dawnym budynkiem WOP, koło kantoru wymiany czynnego cała dobę. W kantorze pracuje sympatyczna kobieta, porozmawialiśmy miło, zachwalałem kampery jak umiałem :) Udało mi się też wysłać kilka zdjęć, chociaż prędkość sieci tutaj, na samej granicy jest tragiczna. Jutro do Wilna, na camping. W zeszłym roku go budowali (w nowym miejscu) więc mam nadzieję z w tym roku będzie już wyglądało wiele lepiej.


Dzisiejsze fotki.

środa, 16 maja 2012

Ciągle Kraków

Nadal stoję na camper parku Elcampa w Krakowie i czekam na jeszcze jedna lampkę. Po sąsiedzku jest firma sprzedająca m.in. elektryczne skuterki. Fajnie wyglądają, ceny maja przyzwoite ale (zawsze jest jakieś ALE) - akumulatory ciężkie i praktycznie niewyjmowalne, czyli ładować trzeba stawiając cały skuter niedaleko gniazdka z prądem.
Dzisiejsze fotki.

wtorek, 15 maja 2012

Deszczowy Kraków

Od samego rana fachowcy znęcają się nad Mruczkiem. Jak w zeszłym roku, jeden palnik nie chce palić. Dodatkowo, lodówka odmówiła współpracy na gazie. Zgłosiłem też kłopoty z ładowaniem, bo niestety ciągnie się to od zeszłego roku. W Krakowie niewiele ludzi, taka pogoda nie zachęca do spacerów, na rynku praktycznie sama młodzież na szkolnych wycieczkach.
P.S. Tego posta pisze na tablecie :)



A teraz już z Mruczka.
Po spacerze po mokrym rynku u Floriańskiej, zajrzałem do kościoła Mariackiego - ołtarz cały w rusztowaniach i nie widać by przed EURO mieli skończyć. Później wyprawa na Kazimierz, mokry ale dzięki temu pusty. Zatrzymałem się przed jedna z restauracji, pan kelner tak ładnie i fachowo mnie zagadywał, że dałem się namówić i nie żałuję. Później już powrót do Elcampu i odpoczynek.
Dzisiejsze fotki.

poniedziałek, 14 maja 2012

W stronę Krakowa

Całe przedpołudnie przesiedzieliśmy przy komputerze, wprowadzałem ks Edwarda w tajniki Googla i jego różnych usług (blog, mapa, tłumacz itp). Po szybkim obiedzie - wyjazd do Krakowa, do Elcampu. Spory ruch na drodze, ciekawe jak to będzie wyglądało w czerwcu :) Na wieczór dojechałem na miejsce, zaraz zaprzyjaźniłem się ze ślicznym burym kocurem, kolacja i trzeba będzie szybko iść spać - jutro od 8 zabierają się za kamperka.
Dzisiejsze fotki.

niedziela, 13 maja 2012

Trzynasty maja

Od 19 lat nie lubię tej daty ......

Noc przeszła spokojnie, deszcz przestał padać i nawet w tej chwili słońce nieśmiało wygląda zza chmur. Po szybkim śniadaniu ja zostałem na gospodarstwie z komputerem (trzeba tradycyjnie porobić trochę porządków) a gospodarz pojechał do swoich zajęć.
W południe suma w miejscowym, zabytkowym kościele, później wyjazd na obiad do siostry gospodarza, pod Debicą. O 17 rozpoczął się mecz miejscowej ligi piłkarskiej, ale pogoda szybko nas wygoniła z boiska. Wieczorem, tradycyjnie, przy komputerze i na rozmowach.
Dzisiejsze fotki.

sobota, 12 maja 2012

Zaczynam trzeci sezon

Trochę później w tym roku, ale tak się złożyło. Pierwszy wypad, kilkudniowy, na południe Polski. Najpierw okolice Ropczyc (wieś Mała) - dostałem zaproszenie od księdza Edwarda, później w planie Kraków (kolejne drobne naprawy Mruczka).
Trasa wschodnią ścianą nudna, monotonna i tylko Jadzia umilała kilka razy życie. Zaczęła już w Białymstoku, bo uparła się, że jest krótsza trasa do Bielska Podlaskiego (a dokładniej do Plosek). Oczywiście, że jest, znam ją i dlatego nią nie chciałem jechać :) Później, w okolicach Lublina trochę poszalała - nie znała nowo wybudowanej drogi. Ale popis dała dopiero w Rzeszowie. Uparcie namawiała mnie na skręt w prawo i jazdę droga "szybkiego ruchu". Niestety - A4 w tym miejscu to kupa piachu i początki przęseł wiaduktów. Dałem się jej namówić i straciłem ponad pół godziny. PO powrocie na 19 - skręt na trasę do Krakowa Jadzia ma zupełnie pomieszany - albo proponowała bym zjechał gdzieś na trawnik albo prowadziła w środek, nie najnowszego bloku mieszkalnego - horror. Do Małej dotarłem niestety już po ciemku. I tu kolejna niespodzianka. Podjazd na podwórko po wysypanej żwirem mokrej ścieżce i Mruczek nie dawał rady. Kilka razy próbowałem, bez skutku. Na koniec gospodarz poprowadził nas od drugiej strony, polna droga, po trawie ale za to lekko w dół więc jakoś dojechałem. Jeszcze wizyta u rodzinki księdza Edwarda, i już można iść spać. Na jutro w planie bogaty program - zobaczymy co z tego wyjdzie.
Dzisiejsze fotki.

piątek, 17 lutego 2012

Zamiast wspomnienia

Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono

Takie było moje pierwsze spotkanie z Wisławą Szymborską. Ten cytat miałem jako temat pracy maturalnej. Od tamtego czasu upłynęło wiele lat w ciągu których życie wiele razy mnie sprawdzało. Robiłem takie rzeczy, o które bym się nigdy nie podejrzewał.

W ostatnich dniach inny cytat z poetki podtrzymywał mnie na duchu:

Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.



Ile wspaniałej mądrości jest w tych krótkich czterech wierszach
..... musisz minąć, miniesz.....

Tak - to JEST piękne

piątek, 13 stycznia 2012

Potyczki z GSM - ciąg dalszy

Opisywałem swoje testy z zagranicznymi operatorami GSM, teraz pora na krajowych operatorów.
Miałem przez kilkanaście lat abonament w PlusGSM. Ponieważ wszystko sie zmienia, zmieniło się też moje zapotrzebowanie na ilość minut rozmów i postanowiłem przenieść numer na prepaida.
Wszystko odbyło się sprawnie, tylko później okazało się, że ten sam człowiek, z tym samym numerem, jest dla PlusGSM zupełnie nowym klientem i chcąc korzystać z preferencji za staż, muszę poczekać kilka miesięcy.
Wnerwiłem się i postanowiłem przenieść się do Orange, gdzie mam inna kartę (Orange Free) która bardzo mi odpowiada, połączenia z internetem praktycznie za darmo, minuta rozmowy 29 gr, więc jak dla mnie oferta najkorzystniejsza.
Tu zaczęły się schody. Rozmawiałem w kilku salonach w Białymstoku, w każdym mówiono coś zupełnie innego.
W pierwszym poinformowano mnie, że jak przyjdę załatwiać przeniesienie numeru, to dostanę tymczasowo inna kartę, z innym numerem a po przeniesieniu, dostane kolejna kartę ze swoim starym numerem. Tylko, że na razie nie maja takich kart i muszę kilka dni poczekać.
W drugim salonie dowiedziałem się, że przeniesienie numeru załatwia od reki, wyjdę od nich już z przeniesionym numerem, tylko, że muszę poczekać kilka dni bo tez nie maja odpowiedniej karty SIM do przeniesienia.
No to trzecie salon - a tutaj najwięcej niespodzianek. Po pierwsze - jak się zgłoszę przed 15 to są duże szanse, że już następnego dnia numer będzie przeniesiony ale może to potrwać i dłużej. Powiedziałem sobie - trudno i pojechałem do tego salonu załatwiać sprawę.

Orange na swoich stronach namawiając do przeniesienia numeru do nich, zapewniają, że:

co zyskujesz

- aż 120 zł do wykorzystania na połączenia, SMS-y i MMS-y w Orange, na połączenia z numerami stacjonarnymi oraz na transfer danych (Internet)
- po 10 zł dodatkowo przy każdym z 12 pierwszych doładowań za 25zł lub więcej
- rok na wykorzystanie środków z doładowań



W poprzednich salonach potwierdzano te wersję. Natomiast w trzecim dowiedziałem się, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Okazało się, że muszę przez pierwsze 6 miesięcy systematycznie doładowywać konto po co najmniej 25 zł (dostanę za to, za każde takie doładowanie, 10 minut czyli 2,90 zł) ale jeśli nie będę doładowywał, to zostanę obciążony karą w wysokości 17,90 (malejąca po 2,90 miesięcznie).
Później muszę doładowywać po co najmniej 50 zł raz na 3 miesiące, też pod groźbą jakichś kar.
Więc zamiast marchewki, jest kij i to całkiem spory. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby operator od którego odchodzę nakładał na mnie jakieś kary - ale ten do którego przychodzę, zaczyna od straszenia karami ?
Kompletna paranoja !!!!!!

Wygląda na to, że jeśli chcę mieć dwa numery w Orange (stary Free i drugi, do rozmów) o wiele bardziej opłaca się po prostu zmienić nr, stary wywalić do kosza i kupić sobie nowy starter.

Jest jeszcze jedna możliwość - jeśli w innych salonach mówili co innego, to może i ta informacja jest warta funta kłaków ?

wtorek, 1 listopada 2011

Nocleg

Pomysł z noclegiem koło McDonalda i stacji BP był idiotyczny.
Hałas ruchu ulicznego, karetki na sygnale, tramwaje itp jeszcze bym zniósł, ale okazało się, że te 3 miejsca parkingowe wykorzystywane są przez pracowników McDonalda do prac porządkowych. Najpierw, koło 3 w nocy zaraz koło kamperka zaczęli składać puste pojemniki i skrzynki, jak skończyli przyjechała ciężarówka i głośnym podnośnikiem to wszystko ładowała. Pół godziny przerwy i następna ciężarówka, tym razem z dostawą. Palety (chyba z 7) poustawiane dookoła kamperka  i teraz  trwa rozcinanie folii, rozbijanie drewnianych opakowań. A wyjechać się nie da, muszę czekać na koniec tych prac.

wrrrrrrrrrr

poniedziałek, 31 października 2011

Święto Zmarłych



Dojechałem do Wrocławia. Niby tylko 600 km a z domy wyjechałem dwa dni temu :) Jak to mówią - "taki układ". Mruczka z jego sypialni mogłem zabrać w sobotę, do 15 (i tak właśnie zrobiłem) a w niedzielę jeszcze musiałem popracować. Później do Ewy, do Warszawy i dzisiaj, całkiem spokojnie (mimo komunikatów) pojechałem tradycyjna drogą, czyli S8.

Znowu zaczęły sie problemy z prądem, z ładowaniem. Jadę, wszystko jest OK i nagle kontrolka ładowania na panelu gaśnie. Zapala się dopiero, jak się zatrzymam, wyłączę światła i trochę podgazuję, ale tylko na chwilę. Już za Oleśnicą, czyli przed samym Wrocławiem, przypomniałem sobie, że mam mały elektroniczny miernik/wskaźnik napięcia (trzy diodki) i postanowiłem dokładniej zbadać te problemy z prądem. Zamontowałem w gniazdko zapalniczki samochodowej (czyli akumulator samochodowy) później podczepiłem pod akumulator zabudowy - jadę i obserwuję, że napięcie jest jakieś nieciekawe, żółty LED się pali zielony trochę pomruga i gaśnie, a silnik włączony i powinno się dobrze ładować. Zmartwiło mnie to mocno - alternator był przeglądany w Bialmocie, szczotki wymienione, wyglądało że wszystko jest OK a tu znowu klops. Zatrzymałem sie na nieoświetlonym parkingu, tuz przed  Długołęką i zastanawiam sie co robić. Przypomniałem sobie, że warto przy okazji "wyprowadzić kota". Pusta kasetę włożyłem do kampera, wracam do kabiny i zaczynam kolejne testy z prądem a tu miła niespodzianka. Wszystko jest OK, ładowanie w normie, miernik podczepiony pod oba akumulatory świeci zieloną kontrolką - ideał :)
Wystarczyło wyprowadzić kota - by poprawić ładowanie akumulatorów :) :)

I chyba wiem, w czym problem - nie chce teraz, poza Białymstokiem grzebać ale wygląda na to że i moduł jest OK, i obecny alternator jest wystarczający.


Stoję na razie na wylocie ul. Liskego, przy McDonaldzie i możliwe że tutaj będę nocował.

czwartek, 6 października 2011

Drobne naprawy

Po wakacyjnych podróżach nadszedł czas, by porobić kilka drobnych napraw. W Rumunii zauważyłem, że Mruczek "zamilkł" czyli klakson przestał działać. Kilka dni temu (w poniedziałek) w Bialmocie poradzili sobie z tym szybko - wymiana na nowy i już można trąbić.
Na dzisiaj byłem umówiony w Unimocie (białostocki serwis Trumy) na naprawę ogrzewania. Wodę można było nagrzać ale włączenie nawiewu kończyło się zapaleniem czerwonej kontrolki a w kamperku nadal było zimno (odczuliśmy to trochę na ostatnich noclegach). Po wstępnych oględzinach przez fachowca usłyszałem, że po prostu nie zapała się palnik od nawiewu i prawdopodobnie trzeba będzie ściągać multizawór i cała naprawa potrwa około tygodnia. Gdy zajechałem po południu dowiedziałem się, że już jest wszystko OK. Fachowcy wymienili tylko wypalone oringi i już ogrzewanie działa tak jak trzeba.

środa, 28 września 2011

Do Warszawy

Po śniadaniu przenieśliśmy się na parking koło Bramy Opatowskiej i poszliśmy na starówkę. Zaczęliśmy od zwiedzania podziemi - 40 minutowy spacer, z przewodnikiem, po starych, odrestaurowanych piwnicach pod starymi kamienicami. Później jeszcze spacerek po rynku i okolicach a na obiad daliśmy się skusić miejscowej pierogarni. Smaczne maja te pierogi no i wybór na prawdę duży.
Na wieczór dojechaliśmy do Warszawy.



Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 210 km. Mapka trasy .

wtorek, 27 września 2011

Z południa na północ

Po noclegu na stacji benzynowej koło Dukli  pojechaliśmy oglądać koniki w Odrzechowej. Później zahaczyliśmy o Łańcut, pochodziliśmy trochę po parku i dalej w drogę, do Sandomierza. Nocujemy na Campingu Browarny.



Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 240 km. Mapka trasy .

poniedziałek, 26 września 2011

Wracamy powoli

Rano, po śniadaniu pluskanie się w termach w Kisvarda i do Sarospatak, tam też są termy.
(więcej dopisze później)
Na nocleg zatrzymaliśmy się na placu dla TIRów, koło stacji benzynowej, zaraz za Duklą.


Nasza lokalizacja: N 49° 33.961, E 21° 41.504

Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 220 km. Mapka trasy .

niedziela, 25 września 2011

După România

W tytule nie ma żadnego brzydkiego wyrazu - to jest po prostu po rumuńsku.
Przez Sapantę, gdzie jest najwyższy na świecie drewniany kościół i tzw wesoły cmentarz, dojechaliśmy do Satu Mare. Oczywiście znowu serpentyny, patelnie i tym podobne "przyjemności". Przekroczyliśmy granicę na Węgry, drobne (ha ha ha) zakupy w TESCO i dotarliśmy do Kisvarda. Camping na terenie kąpieliska, jest też oczywiście basen z ciepłą, leczniczą wodą (38 stopni).

Nasza lokalizacja: N 48° 13.937, E 22° 4.090

Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 210 km. Mapka trasy .

sobota, 24 września 2011

Cerkiewki

Nie ma to jak troskliwy gospodarz. Pan, który pilnuje tutaj campingu jest bardzo troskliwy i chętnie pokazał gdzie jest najbliższy sklep a nawet mnie do niego zaprowadził. Co chwila zaglądał do kampera a to z informacją że woda już nagrzana i można się kąpać, a to że zaprasza na TV, albo że jest też barek i można sobie coś dokupić do picia, albo  .....
A podobno to na Podlasiu ludzie są "namolni" :)

Dzisiaj w planie kilka (może i kilkanaście) starych, drewnianych, zabytkowych cerkiewek. A na nocleg pewnie wrócimy tutaj, na ten camping.




Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 140 km. Mapka trasy .

piątek, 23 września 2011

Rumuńskie drogi

Noc spędziliśmy spokojnie, tylko poranny ruch na ulicach nas wcześniej obudził. Po śniadaniu i kawce w kafejce na stacji benzynowej ruszyliśmy w dalsza trasę. Najpierw przez miasto (wypada obejrzeć jeśli się w nim nocowało), później dalej, w stronę Baia Mare. Droga cały czas w remoncie, co chwila zwężenie, co chwila jakiś człowiek kierujący ruchem. Ale jakoś udało się dojechać. Znowu przejażdżka po mieście, w centrum właśnie zaczął się jakiś trzy dniowy festyn ale się nie zatrzymywaliśmy i pojechaliśmy pooglądać stary zabytkowy kościółek, wpisany na listę Unesco w Şurdeşti. Później powrót na główną drogę  nr 18 i jazda do Sigethu Marmetiei.
Powiedzieć, że ta droga jest kreta to za mało - znak drogowy ostrzegający o niebezpiecznych zakrętach pod spodem miał informacje ze to dotyczy odcinka 18 km. Tak jakoś udało się dojechać na szczyt a zaraz za nim kolejny znak - tym razem już tylko 11 km  I większość zakrętów po ponad 180 stopni. Krótki postój w Mara przy restauracji rybnej , koło wysokiego wodospadu i wreszcie dojechaliśmy do Sigethu Marmetiei. W przewodniku jest napisane, ze jest tu informacja turystyczna ale tubylcy nic o tym nie wiedzą, a taksówkarz przekonywał nas, że nic takiego nie ma. Wypytując ludzi i porównując informację - trafiliśmy na sympatyczny Hostel and Camping IZA. Cena przyzwoita - 56 leji (czyli niecałe 60 zł) za dwie osoby, z prądem i WiFI.

Nasza lokalizacja: N 47° 56.016, E 23° 54.292

Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 200 km. Mapka trasy .

czwartek, 22 września 2011

Kierunek - Rumunia

Decyzja zapadła, dzisiaj wjeżdżamy do Rumunii (Oradea). Dla mnie to ciągle "dziki" kraj, ale ja widziałem Rumunię od środka ponad 25 lat temu, więc mam nadzieję, że sporo się u nich zmieniło. Nie mam pojęcia jak tam będzie z dostępem do internetu, więc przez kilka dni mogę się tutaj nie odzywać.

21:00 (22:00 miejscowego czasu)

Jeszcze w Debreczynie zrobiliśmy zakupy (winogrona, pieczywo i inne drobiazgi) i jazda w stronę granicy.
Rumunia nie jest jeszcze w "Shengen", więc w sumie dwa przejścia graniczne: węgierskie i rumuńskie. Między przejściami postanowiłem kupić obowiązkową w Rumunii winietę. Jest kilka punktów, ale większość zamknięta. Po spacerze od jednego do drugiego punktu wreszcie znalazłem taki, który był czynny. Po pierwsze okazało się, że za kampera zapłacę drożej, niż za osobowy (jak za dostawczy do 3,5T). Po drugie, usłyszałem od dziewczyny sprzedającej winiety ze płacę 8E, zapłaciłem i dostałem rachunek na 6E. Jakoś zupełnie mnie to nie zdziwiło :) Panie ze straży granicznej tylko wypytała nas dokąd jedziemy i była lekko zdziwiona ze nie do Bułgarii ale kontrolę celną nam darowano i pozwolono jechać dalej.
Około 30 kilometrów za Oradeą fajny, duży parking dla TIRów, z restauracją, sanitariatami i nawet klubem nocnych uciech za miedzą. Nocleg TIRa kosztuje 20 leji, w to wliczony jest prysznic (kiedyś było też śniadanie, ale już je wykreślono z tablicy informacyjnej).
W miejscowości Alesd, wspaniała Jadzia (czyli TomTom) kazała skręcić w lewo i się zaczęło..... Wąska kręta droga, zapadające się pobocza, brak barierek na poboczach, w dodatku remontowana, co dodatkowo utrudniało jazdę. Gdy już wydrapaliśmy się jakoś na najwyższy punkt drogi, czekały na nas następne niespodzianki. A to samotnie podróżujący koń, ze spętanymi łańcuchem nogami, który był bardzo zdziwiony naszym widokiem, a to stada krów maszerujących dostojnie z pastwiska do domów (bo okazało się, że są to krowy z różnych gospodarstw). Przy kolejnym, sporym stadzie zatrzymałem się z tyłu i chciałem przeczekać aż dojdą na miejsce. Człowiek który je prowadził, kazał jechać mimo wszystko a jakiś miejscowy, dostawczakiem, pokazał jak się mija takie stado. Po prostu wjechał między krowy bez pardonu, rozepchną je i pojechał dalej.
Niestety, żadnego osiołka, na którego czekała Ewa nie spotkaliśmy.
Dojechaliśmy wreszcie do Zalau, stoimy na stacji benzynowej i nawet jest internet :)

Nasza pozycja: N 47° 12.090, E 23° 3.286

Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 200 km. Mapka trasy .

środa, 21 września 2011

Wielka Nizina Węgierska

Po śniadaniu pojechaliśmy na koniki. Zwiedzanie Puszty, powozami, z pokazami pasterzy zajęło nam około dwóch godzin.Bardzo sympatyczna impreza, fajnie zrobione pokazy i nawet pozwolili na chwilę wsiąść na konia i poudawać jeźdźca. Później pojechaliśmy do Hajduszoboszlo - znane i popularne termy. Tak popularne wśród Polaków, że w mieście dużo napisów po polsku, pani sprzedająca langose w budce mówiła bardzo dobrze po polsku, na parkingu koło term i campingu stały dwa polskie autokary. Sam camping olbrzym, z parcelami, informacjami też oczywiście po polsku - ale drogi strasznie. Pobieżny rachunek wykazał, że za jedna noc musielibyśmy zapłacić ponad 25E i nie wiadomo czy w tym byłby wstęp na termy. Zrezygnowaliśmy z tych "luksusów" i pojechaliśmy do Debreczyna - mały spacer po centrum, przy okazji wizyta w banku (bankomat) i na nocleg zatrzymaliśmy się na campingu przy kąpielisku miejskim. Tutaj, oczywiście też jest ciepłe źródło (ok 39 stopni). Camping wygląda rozsądnie a kąpielisko pamięta poprzedni ustrój :)

Nasza lokalizacja: N 47° 30.496, E 21° 38.301

Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 60 km. Mapka trasy .

wtorek, 20 września 2011

Węgry

W nocy trochę popadało i na szczęście jest chłodnej.  Obejrzeliśmy termy w Bogacz, nie wzbudziły w nas zachwytu (co kto lubi). Campingów tutaj jest kilka, ten na którym nocowaliśmy jest chyba najtańszy. Wystarczy porównać cenę za podłączenie do prądu - na "naszym" płaciliśmy 300 ft - na campingu który się mieści bezpośrednio na terenie term podłączenie do prądu kosztuje 700 ft.
Pojechaliśmy następnie w okolice Egeru, dokładnie do Egerszalok, by zobaczyć "węgierskie Pammukale", czyli fantastyczna górę z osadów kalcytowych, jakie robi źródło tryskające tam w wyniku odwiertów z 1961 roku. Wygląda to ślicznie ale ten zapach (siarkowodór) jest tragiczny. Dosłownie kilka km wcześniej jest nowo wybudowany (a raczej ciągle jeszcze budowany) ośrodek w Demjen.
Pożegnaliśmy się z górami Bukowymi i jedziemy w stronę Puszty, do Hortobagy  przez jezioro Tisza i Tiszafured. termal camping jaki tam był, tez nas nie zachwycił, chociaż trzeba przyznać, że duży i ładnie utrzymany - parcele jak w Heviz. Na wieczór dotarliśmy do Hortobagy, nocleg na jedynym tutaj campingu (dość drogi, dwie osoby z podłączeniem do prądu - ponad 6000 ft). jeszcze wieczorny spacerek, kawka i apetyczny muskat i można iść spać.

Nasza lokalizacja: N 47° 34.766, E 21° 08.913


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 130 km. Mapka trasy .

poniedziałek, 19 września 2011

Na wschód od Budapesztu

Rano przejechaliśmy na stronę węgierską i nad Dunajem zjedliśmy śniadanie. Później wzdłuż Dunaju, do Vyszehradu (śliczny zamek na górze), krótki postój w Szentendre i na autostradę M3 w kierunku wschodnim. Po drodze jakies małe jedzonko na jednym za parkingów. Pod wieczor dojechaliśmy do Egeru, odwiedziliśmy tzw Dolinę Pięknych Kobiet gdzie pan parkingowy powitał nas po polsku. Naleśniki i szukanie campingu. Jadzia zaprowadziła nas na przystanek autobusowy i stwierdziła stanowczo - "dotarłeś do celu" . Pojechaliśmy więc do Bogacs, stoimy na campingu.


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 230 km. Mapka trasy .

niedziela, 18 września 2011

Budapeszt

Dzisiejsza pogoda mnie wykończyła. Rano było ładnie, słoneczko i niezbyt ciepło ale temperatura wzrosła dość szybko, dodatkowo było parno i duszno.
Rano wybrałem się HEV czyli kolejką podmiejską do Aquincum, pozostałości po starym, rzymskim mieście. Później w planach był spacer wzdłóż całej wyspy Małgorzaty ale zabrakło sił więc przejechałem ja autobusem miejskim.
Pakowanie, tankowanie i inne tego typu czynności i wyjazd do Sturova, po Ewę. Nocujemy w Sturovie, w tym samym miejscu co kilkanaście dni temu.



Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 60 km. Mapka trasy .

sobota, 17 września 2011

Budapeszt

To miasto jak zawsze mnie zachwyca i to nie tylko swoja architektura, położeniem, przepięknymi widokami na Dunaj i przez Dunaj ale również i ludźmi.Prawie dwu milionowe miast, ruch na ulicach tutaj od kiedy pamiętam (pierwszy raz byłem tuta ponad 30 lat temu) był bardzo duży. A klaksonów nie słychać, nikt na nikogo się nie wydziera, wręcz przeciwnie, kierowcy jedni drugich wpuszczają a bocznych uliczek. Jak jakiś pieszy przechodzi przez jezdnie poza pasami to często kierowca się zatrzyma by go przepuścić. Byłem świadkiem, jak autobus miejski celowo wpuszczał samochody osobowe i to na węgierskiej rejestracji. Co więcej - wpuścił tez rowerzystę przed siebie - nie do pomyślenia u nas w Polsce, a szkoda. A tych Madziarów pozdrawiających mnie przez ostatni tydzień na drogach nie policzę. Ciężko się szukało geocachy, bo jak tylko się gdzieś zatrzymałem Mruczkiem to spod ziemi wyrastał jakiś człowiek (lub zatrzymywało się auto na węgierskich numerach) i oferował swoją pomoc.
Rano, po śniadaniu pojechałem na geocache do dzielnicy północnej czyli do Ujpestu. Trochę bloków jak u nas, trochę domków jednorodzinnych - sobota, więc cisza, spokój ruch niewielki więc ten spacer oceniam bardzo miło. Na  drugie śniadanie zjadłem po drodze langosa w jakimś barku dla tubylców (tylko wysmarowany wyciśniętym czosnkiem - pycha) a na obiad zajechałem w okolice Placu Bohaterów. Koni zatrzęsienie, ludzi niestety też. Cały plac i okolice (centrum miasta) zamknięte. Dzisiaj były różne pokazy - ekwilibrystyka na koniach, różne formacje w historycznych strojach ale najlepiej było to widać na telebimach (bo oczywiście TV to transmitowała). Zjadłem sobie podwójna porcje zupki gulaszowej, popiłem szklanka szampana i na deser uraczyłem się wspaniałym, ciepłym, prosto z pieca ciastem z wiśniami. Jakby tego było mało na festynie pojawiła się oryginalna orkiestra cygańska (niestety, bez cymbałów) i zagrała między innymi oczywiście "OZO SIP) :) Ledwie żywy, już po ciemku, wróciłam na camping.


Dzisiejsze fotki. Postój

piątek, 16 września 2011

Madziarski folklor

Wczoraj chodząc po mieście widziałem wiele rozstawianych budek i pawilonów, i na Zamku i na Placu Bohaterów. Szukałem jakichś plakatów z informacją, ale nie udało mi się niczego znaleźć. Dopiero po powrocie do kampera, w internecie, wygrzebałem ciekawe informacje. Otóż, w ten weekend "będzie się działo" tutaj, w Budapeszcie.
Po pierwsze - Narodowy Galop czyli wielkie święto koni i folkloru. Program bogaty a ta mapka mówi sama za siebie.

Natomiast na Zamku odbędzie się Festiwal Czekolady. Impreza trwa od rana, dzisiaj i jutro do północy, w niedzielę, do 10 wieczorem. A w programie:

-          Chocolate and ice-cream making demonstration. “Sweet round-the-world trip”
-          The leaders of chocolate design present the chosen nicest chocolate packaging
-          Praline course – visitors can try praline-making with the help of our exhibitors
-          Chocolate course – featuring Tibor Szántó, chocolate expert and manufacturer
-          Guided chocolate tasting tours with expert. (Chocolate Ambassadors)
-          Everything about chocolate. Professional programs for laymen.
-          Sweet recipes. A sweet culinary adventure with chocolate (old and traditional but in new, modern clothes)
-          Chocolate as lifestyle. What does a doctor, an alternative practitioner or an ayurvedic health guru say about this? And what do we, lovers of chocolate and sweets think about this?

Wieczorna część (czyli już po zakończeniu końskich pokazów) jest tez ciekawa:

-          night sweets and chocolate fair
-          chocolate & wine
-          sweets & alcohol

Echhhh, ciekawy weekend się zapowiada :)


Dzisiejsze fotki. Postój

czwartek, 15 września 2011

Budapeszt

Dojechałem do Budapesztu. Zatrzymałem się na campingu Arena. Sympatycznie wygląda, bardzo sympatyczny właściciel. Na bramie wjazdowej ostrzeżenie, że terenu pilnuje zły pies. Nie wiem,jak traktuje innych, ale mnie na początku obszczekał przyzwoicie ale już po dwóch minutach lizał mnie po rękach :)
Kupiłem bilet 24 godzinny (1550 ft) więc nie tylko pochodziłem ale i pojeździłem sobie i metrem (czerwone i zółte), i tramwajem, i autobusem. Budapeszt wyładniał, przez te 20 lat jak mnie tutaj nie było. No i nareszcie można oglądać Zamek, zniszczony w czasie II wojny światowej. Komuniści go otoczyli murem i oglądało się sama bryłę z daleka. Jutro dalszy ciąg dreptania po mieście.
Moja lokalizacja: N 47° 30.225 , E 19° 9.489


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 100 km. Mapka trasy .

środa, 14 września 2011

Na północ

Po pięciu dniach moczenia się w Csokonyavisonta (zacząłem w sobotę i dzisiaj, przed wyjazdem też jeszcze posiedziałem w termach) ruszyłem na północ - kierunek Budapeszt. Po drodze do Kaposvar, zaraz za skrętem do Nagyatad, zobaczyłem kierunkowskaz prowadzący do Vidrapark, więc skręciłem. Droga ładna ale paskudna, gruntowa a raczej mocno piaszczysta, z dziurami, podjazdami - całe 2,5 km jechałem na 1 bojąc się, by Mruczek nie zatrzymał się w tym piachu, bo wtedy byłoby problem. Szczęśliwie dotarłem na miejsc, gospodarz (typowy Madziar) wytłumaczył mi po węgiersku oczywiście) ze bilet normalny kosztuje 500 ft a specjalny 1000 ft. Długo mi wyjaśniał na czym polega ta specjalność - nic nie zrozumiałem, więc kupiłem ten normalny :) Wydra była, jedna, poza tym trochę ptactwa, ryby szalejące po stawach - ogólnie sympatyczne miejsce, polecam.
Współrzędne: N 46° 13.652, E 17° 30.150

Później dalej na północ. W sumie tak wyszło, że łącznie to co w tym i zeszłym roku przejechałem, to trasa dokładnie dookoła Balatonu. Nocuje na sprawdzonym w zeszłym roku miejscu czyli stacja benzynowa koło Polgardi
Moja lokalizacja: N 47° 4.059, E 18° 18.594



Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 160 km. Mapka trasy .

wtorek, 13 września 2011

BUL BUL PLUSK PLUSK

Poranna kąpiel (a raczej moczenie się w ciepłej wodzie), śniadanie, kąpiel z masażami, spacer po okolicy, kąpiel z masażami, odpoczynek, kąpiel z masażami i na koniec dnia znowu moczenie się w ciepłej wodzie - i tak minął kolejny dzień w termach w Csokonyavisonta :)



Dzisiejsze fotki. Postój

poniedziałek, 12 września 2011

Csokonyavisonta

Nie bardzo jest co pisać, bo niewiele się działo.
Poranne pluskanie (baseny otwierają o 8.30), później śniadanko. Małe sprzątanie kampera - kiedyś trzeba ten piasek z Estonii wywalić :) Znowu baseny i wodne masaże, krótki odpoczynek, obiad, odpoczynek,. basen.
Jutro będzie podobnie :)



Dzisiejsze fotki. Postój

niedziela, 11 września 2011

Csokonyavisonta

Dzień w sumie mało ciekawy ale jakże miły. Rano najpierw małe pranko, później trochę moczenia się w termach, następnie śniadanie, krótki odpoczynek i woda, basen, termy, masaże . . . . . . .  :)
Przy dzisiejszej temperaturze (w cieniu było koło 35) zupełnie nie miałem ochoty na obiad, więc solidniejszy posiłek zjadłem dopiero koło 18.
Tak sobie dzisiaj policzyłem - w zeszłym roku, za rehabilitacje w Mielnie (zabiegi - 1/2 godziny masażu, 1/2 godziny gimnastyki indywidualnej i jakieś 10 min lasera) płaciłem ponad 100 zł dziennie. Tutaj - za nocleg i wstęp całodniowy na termy (ciepła, mocno zmineralizowana woda + różne wodne masaże w ilościach dowolnych) oraz solidny obiad z kieliszkiem dobrego rieslinga płacę niecałe 100 zł.
Rehabilitacja w kraju się po prostu nie opłaca.


Dzisiejsze fotki. Postój

sobota, 10 września 2011

Na południe

Dzisiaj miło być szybko, krótko i sprawnie a wyszło .... jak zawsze :) Najpierw zajechałem do Nagyatad, zobaczyć jeszcze raz to kąpielisko. W zeszłym roku byłem tam, ale już po sezonie i wszystko było pozamykane. Zastanawia mnie, dlaczego camping w tym mieście jest w sumie droższy niż w Budapeszcie. Jak sie policzy wszystko razem (człowiek, parcela, prąd, woda, opłata klimatyczna i wstęp na kąpielisko) wychodzi 5 tys Ft.Celowo pisze kąpielisko, bo  jest to ośrodek  prawie 3 km od centrum - a termy, osobny obiekt jest w samym sercu miasta. Ale ta cena to pewnie dlatego ze to grupa Castrum - a oni są po prostu drodzy.
Pochodziłem, obejrzałem i jadę dalej do ulubionej Csokonyavisonta. Ponieważ jedna butla gazowa powoli sie kończy wpadłem na pomysł, by podjechać na Chorwację, do Viroviticy, gdzie można nabić butlę gazową (w zeszłym roku zajeżdżałem tam dwa razy). O dziwo, w tym roku, na granicy, kamper wzbudził zainteresowanie celników - weszli, kazali szafki pootwierać, zaglądali w różne kąty. Dopiero po przekroczeniu granicy uświadomiłem sobie, że przecież jest sobota, więc ten punkt nabijania na pewno jest zamknięty, ale trudno, jadę dalej. Wjechałem do miasta i ...... zabłądziłem, Nie pamiętałem adresu i nie mogłem trafić. Krążyłem krążyłem po różnych małych uliczkach, aż zrezygnowałem i wróciłem do Madziarów. Wracając wzbudziłem oczywiście jeszcze większą ciekawość celników ale na szczęście nie wpadli na pomysł by rozbierać Mruczka :) No i wreszcie zajechałem na TermalCamping w Csokonyavisonta i chwilę tutaj posiedzę. Trzeba troche odpocząć po intensywnym cachowaniu w ostatnich dniach.

22.30

Znalazlem namiary na ten punkt nabijania butli gazowych 
Virovitica, ul. Bilogorska 24
N  45° 49.182, E  17° 22.850
Pewnie wyjeżdżając z Csokonyavisonta (a będę jechał przez Barcs) zajadę tam znowu :)


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 130 km. Mapka trasy .

piątek, 9 września 2011

Kaposvar

Świetne miejsce na nocleg w tym mieście - kamerki bankowe czuwają. Rano przeniosłem się pod termy, najpierw śniadanko, później pluskanie się. Termy nowe, niedawno rozbudowane ze starego kąpieliska ale zupełnie nie sa nastawieni na zagranicznych turystów. Cennik przy wejściu mocno rozbudowany - tylko po węgiersku. W środku napisy na toaletach i prysznicach tak samo (nie ma nawet ikonek) więc trzeba umieć odróżnić férfi od női :) Kupiłem bilet na termy - okazało się już w środku,  że oprócz trzech basenów z ciepłą wodą (trochę podobna do tej w Csokonyavisonta, bo pachnąca ropa naftowa)  nie ma nic więcej. Przejście do części z saunami wymaga innego biletu. Podobnie, widziałem z góry (bo termy są na piętrze) basen z bąbelkami i masażami (nie działały ale chyba tylko dlatego, że nikogo tam nie było), ale przejść już tam nie mogłem. 
Jak się dogadać w kasie z kobietą, jeśli ona włada tylko węgierskim ? Ale fajnie było, woda cieplutka - tez dobra. Później - cachowanie do wieczora a wieczorem spacer po deptaku i oglądanie różności z okazji festynu miodowego. Na noc wróciłem w to samo miejsce, co wczoraj, czyli pod bankiem.
Zdjęć niewiele - będzie więcej, jak będę wreszcie miał WiFi (czyli prawdopodobnie jutro).


Dzisiejsze fotki.

czwartek, 8 września 2011

Na południe od Balatonu

Dzień zaczął się pochmurnie i nawet przez chwilę trochę padało. Najpierw podjechałem do centrum Balatonboglar, pooglądałem trochę, wdrapałem się na górkę, gdzie jest kopuła z tarasem widokowym. Kopuła jest znakiem rozpoznawczym miasteczka ale nikt nie uprzedził, że jest zamknięta. Niewiele osób sie tym przejmuje, płot dookoła budowli ma już kilka sporych dziur, przez które można wejść i pooglądać panoramę Balatonu.
Później pojechałem na zakupy, to znaczy na zachód wzdłuż jeziora i do Kethely, gdzie mieszka producent wspaniałej, cudownie ostrej pasty z papryki. Zrobiłem zakupy i powoli, przez Lengyeltoti (ciekawe, skąd ta polskość w nazwie) do stolicy regionu, czyli do Kaposvar. Udało sie znaleźć miejsce na nocleg, wygląda bezpiecznie - tradycyjnie pod latarnia i dodatkowo pod czujnym okiem kamery chroniącej jeden z banków. Niestety - bez WiFI dlatego resztę zdjęć z dzisiejszego dnia podeślę, jak będę miał jakieś WiFi. Wieczorny spacer po starówce (prześliczna, polecam) skończył się w pizzerii , przy lampce różowego wina.
Moja lokalizacja: N 46° 21.460, E 17° 47.665


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 110 km. Mapka trasy .

środa, 7 września 2011

Balaton

W zeszłym roku Veszprem mnie pokonało, nie udało mi się zaparkować w rozsądnej odległości od centrum, więc sobie odpuściłem zwiedzanie starówki. W tym roku nie tylko parkowałem ale i nocowałem w samym sercu miasta :)
Na śniadanie zjechałem trochę niżej, pod McDonalda. Później dalej na południe, nad Balaton. Najpierw spacer po kurorcie Balatonfured i zwiedzanie jaskini nad tą miejscowością. jako, że byłem jedynym chętnym i pan oprowadzający mówił tylko po węgiersku - otworzył mi jaskinię, kazał uważać na niskie stropy i zostawił mnie w niej samego :) Fajnie sie tak samotnie zwiedza jaskinię szkoda tylko że taka malutka. Po wielu latach znowu byłem pod bazyliką w Tihany i napawałem się widokami z góry. Niestety, w tym roku nie udało mi się trafić na jarmark z lokalnymi wyrobami ale mam nadzieję, że gdzieś kupię te wspaniała, ostra, paprykową pastę. Przeprawiłem się na druga stronę Balatonu promem (3000 kamper + 500 człowiek), trwało to niecałe 10 minut i pojechałem w stronę Andocs, gdzie zaczyna się drugi, dłuższy Pover Trail. W ten sposób, udało mi się dojechać do Balatonboglar, gdzie stanąłem na parkingu, zaraz koło mariny.
Moja lokalizacja: N  46° 46.801, E  17° 38.936



Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 90 km. Mapka trasy .

wtorek, 6 września 2011

Bakony

Bacony, czyli Las Bakoński (Wzgórza Bakońskie) jest  uroczy. Niewielkie wzniesienia porośnięte lasem, cisza, spokój - warto się tutaj wybrać.
Rano, po śniadaniu pojechałem w stronę Baconybel kończąc w ten sposób PPT  (Papa Pover Trail). Z Baconybel pojechałem do Zirc, które nie zrobiło na mnie wrażenia. Później do Veszprem i tu się zauroczyłem. Niezwykła starówka, na którą uparłem się wjechać kamperem. Uliczki wąskie, strome, zakręty ciasne, na kilku musiałem poprawiać, bo nie byłem w stanie wykręcić Mruczkiem ale w końcu udało się i zaparkowałem pod ratuszem, zaraz koło zamku. Widoki z góry  piękne i niesamowite wrażenie na mnie zrobiła skała, która dumnie stoi w środku miasta (może raczej powinno się powiedzieć, ze miasto leży dookoła tej skały). Spacer po starówce, wyprawa pod zamek i oglądanie wszystkiego z góry zakończyło dzień. Nocować chcę tutaj i mam nadzieję, że mnie nikt nie wygoni.
Moja lokalizacja: N 47° 5.670, E 17° 54.414


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 70 km. Mapka trasy .

poniedziałek, 5 września 2011

Geocaching w okolicach Papa

Noc była upiorna - na dworze prawie 29, w kamperze ponad 30 - trudno było zasnąć, ale jakoś się wreszcie udało. Rano ruszyłem na dalsze zdobywanie skrzynek w ramach GC. Kolejna mała pętelka po okolicznych wsiach i miasteczkach. Widoczki, jak na u madziarów - kukurydza,m kukurydza i schnące słoneczniki :)  Znajdowanie skrzynek (dzisiaj znalazłem 54) przy takim upale - dzisiaj tez było i gorąco i duszno jest sporym wyzwaniem i dla mnie i dla Mruczka - biedak często musiał się posługiwać wentylatorem. Po drodze odwiedziłem tez mauzoleum rodziny Estrehazych w Ganna i pooglądałem ruiny zamku w Dobronte.
Koło 16 zjechałem do Papa, najpierw obiad w restauracji koło kąpieliska, później - do wody.
nazywanie tego termami jest wg mnie spora przesadą. ładne kąpielisko - nic więcej. W części pod dachem (bo tylko ta była dostępna wieczorem) - jeden normalny basen do pływania, drugi, do zabaw w wodzie, ale oprócz malutkiej zjeżdżalni - żadnych więcej atrakcji, Żadnych bąbelków, żadnych masaży, żadnych rur z których leje się woda - po prostu duża wanna. Woda w miarę ciepła, ale nie czuje się żadnych większych ilości minerałów.
Byłem, widziałem - wystarczy, raczej nie będę tutaj wracał. Niezrozumiałe jest tylko dla mnie, skąd taki tłumek na campingu ale widać coś ich tutaj ciągnie.
Na noc ustawiłem sie w tym samyjm miejscu, co wczoraj.


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 70 km. Mapka trasy .

niedziela, 4 września 2011

Papa

Wystartowałem w miarę wcześnie rano z Komarom, zanim słońce zaczęło bardziej dokuczać.Pojechałem przez Kisber, bo na razie staram się omijać płatne drogi. Do Csot nic ciekawego się nie działo za to później ..... zacząłem PoverTrail czyli cache koło cacha. W sumie na odcinku 40 km dość rozsądnej drogi było ich 30. Potem jeszcze w samym Papa kilka, już w większości na nogach. Znalazłem niezły parking, na przeciwko hotelu, koło straży pożarnej, tradycyjnie, pod latanią i nawet jest WiFI, więc tutaj chce nocować.
Po przyjeździe do Papa postanowiłem się zaopatrzyć w węgierska kartę telefoniczną i okazało się, że jest "ciekawiej" niż na Słowacji. Na stacji benzynowej skierowano mnie do dużego domu handlowego, tam, w kiosku z gazetami kobieta poinformowała mnie , że kart telefonicznych z nr, nowych nincs, czyli nie ma. Szczęśliwie znalazłem jakiś firmowy punkt sprzedaży komórek, wchodzę, kolejna mila dziewczyna, która trochę po angielsku rozumie ale mówić nie potrafi zajęła się mną. Dogadaliśmy się, że owszem, mogę kupić taką kartę, będę miał w ramach pierwszej opłaty ok 600 MB transmisji więc zaczynamy transakcję. Karta kosztuje 3990ft (ok, 70 zł) w tym do wykorzystania będzie 3000ft - trochę drogo ale trudno, niech będzie. pani oczywiście spisała mnie z Dowodu Osobistego ale brakowało jej jeszcze kilku niezbędnych danych - imiona rodziców oraz adres zamieszkania ........ na terenie Węgier :) Na szczęście nie robiła problemu i wpisała jakiś adres dostałem 4 kartki A3 do podpisania (nie muszę chyba dodawać, że wszystkie tylko po węgiersku), zapłaciłem te prawie 4000 ft i wyszedłem śmiejąc się.
Moja lokalizacja: N 47° 19.638, E 17° 27.831


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 120 km. Mapka trasy .