wtorek, 1 listopada 2011

Nocleg

Pomysł z noclegiem koło McDonalda i stacji BP był idiotyczny.
Hałas ruchu ulicznego, karetki na sygnale, tramwaje itp jeszcze bym zniósł, ale okazało się, że te 3 miejsca parkingowe wykorzystywane są przez pracowników McDonalda do prac porządkowych. Najpierw, koło 3 w nocy zaraz koło kamperka zaczęli składać puste pojemniki i skrzynki, jak skończyli przyjechała ciężarówka i głośnym podnośnikiem to wszystko ładowała. Pół godziny przerwy i następna ciężarówka, tym razem z dostawą. Palety (chyba z 7) poustawiane dookoła kamperka  i teraz  trwa rozcinanie folii, rozbijanie drewnianych opakowań. A wyjechać się nie da, muszę czekać na koniec tych prac.

wrrrrrrrrrr

poniedziałek, 31 października 2011

Święto Zmarłych



Dojechałem do Wrocławia. Niby tylko 600 km a z domy wyjechałem dwa dni temu :) Jak to mówią - "taki układ". Mruczka z jego sypialni mogłem zabrać w sobotę, do 15 (i tak właśnie zrobiłem) a w niedzielę jeszcze musiałem popracować. Później do Ewy, do Warszawy i dzisiaj, całkiem spokojnie (mimo komunikatów) pojechałem tradycyjna drogą, czyli S8.

Znowu zaczęły sie problemy z prądem, z ładowaniem. Jadę, wszystko jest OK i nagle kontrolka ładowania na panelu gaśnie. Zapala się dopiero, jak się zatrzymam, wyłączę światła i trochę podgazuję, ale tylko na chwilę. Już za Oleśnicą, czyli przed samym Wrocławiem, przypomniałem sobie, że mam mały elektroniczny miernik/wskaźnik napięcia (trzy diodki) i postanowiłem dokładniej zbadać te problemy z prądem. Zamontowałem w gniazdko zapalniczki samochodowej (czyli akumulator samochodowy) później podczepiłem pod akumulator zabudowy - jadę i obserwuję, że napięcie jest jakieś nieciekawe, żółty LED się pali zielony trochę pomruga i gaśnie, a silnik włączony i powinno się dobrze ładować. Zmartwiło mnie to mocno - alternator był przeglądany w Bialmocie, szczotki wymienione, wyglądało że wszystko jest OK a tu znowu klops. Zatrzymałem sie na nieoświetlonym parkingu, tuz przed  Długołęką i zastanawiam sie co robić. Przypomniałem sobie, że warto przy okazji "wyprowadzić kota". Pusta kasetę włożyłem do kampera, wracam do kabiny i zaczynam kolejne testy z prądem a tu miła niespodzianka. Wszystko jest OK, ładowanie w normie, miernik podczepiony pod oba akumulatory świeci zieloną kontrolką - ideał :)
Wystarczyło wyprowadzić kota - by poprawić ładowanie akumulatorów :) :)

I chyba wiem, w czym problem - nie chce teraz, poza Białymstokiem grzebać ale wygląda na to że i moduł jest OK, i obecny alternator jest wystarczający.


Stoję na razie na wylocie ul. Liskego, przy McDonaldzie i możliwe że tutaj będę nocował.

czwartek, 6 października 2011

Drobne naprawy

Po wakacyjnych podróżach nadszedł czas, by porobić kilka drobnych napraw. W Rumunii zauważyłem, że Mruczek "zamilkł" czyli klakson przestał działać. Kilka dni temu (w poniedziałek) w Bialmocie poradzili sobie z tym szybko - wymiana na nowy i już można trąbić.
Na dzisiaj byłem umówiony w Unimocie (białostocki serwis Trumy) na naprawę ogrzewania. Wodę można było nagrzać ale włączenie nawiewu kończyło się zapaleniem czerwonej kontrolki a w kamperku nadal było zimno (odczuliśmy to trochę na ostatnich noclegach). Po wstępnych oględzinach przez fachowca usłyszałem, że po prostu nie zapała się palnik od nawiewu i prawdopodobnie trzeba będzie ściągać multizawór i cała naprawa potrwa około tygodnia. Gdy zajechałem po południu dowiedziałem się, że już jest wszystko OK. Fachowcy wymienili tylko wypalone oringi i już ogrzewanie działa tak jak trzeba.

środa, 28 września 2011

Do Warszawy

Po śniadaniu przenieśliśmy się na parking koło Bramy Opatowskiej i poszliśmy na starówkę. Zaczęliśmy od zwiedzania podziemi - 40 minutowy spacer, z przewodnikiem, po starych, odrestaurowanych piwnicach pod starymi kamienicami. Później jeszcze spacerek po rynku i okolicach a na obiad daliśmy się skusić miejscowej pierogarni. Smaczne maja te pierogi no i wybór na prawdę duży.
Na wieczór dojechaliśmy do Warszawy.



Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 210 km. Mapka trasy .

wtorek, 27 września 2011

Z południa na północ

Po noclegu na stacji benzynowej koło Dukli  pojechaliśmy oglądać koniki w Odrzechowej. Później zahaczyliśmy o Łańcut, pochodziliśmy trochę po parku i dalej w drogę, do Sandomierza. Nocujemy na Campingu Browarny.



Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 240 km. Mapka trasy .

poniedziałek, 26 września 2011

Wracamy powoli

Rano, po śniadaniu pluskanie się w termach w Kisvarda i do Sarospatak, tam też są termy.
(więcej dopisze później)
Na nocleg zatrzymaliśmy się na placu dla TIRów, koło stacji benzynowej, zaraz za Duklą.


Nasza lokalizacja: N 49° 33.961, E 21° 41.504

Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 220 km. Mapka trasy .

niedziela, 25 września 2011

După România

W tytule nie ma żadnego brzydkiego wyrazu - to jest po prostu po rumuńsku.
Przez Sapantę, gdzie jest najwyższy na świecie drewniany kościół i tzw wesoły cmentarz, dojechaliśmy do Satu Mare. Oczywiście znowu serpentyny, patelnie i tym podobne "przyjemności". Przekroczyliśmy granicę na Węgry, drobne (ha ha ha) zakupy w TESCO i dotarliśmy do Kisvarda. Camping na terenie kąpieliska, jest też oczywiście basen z ciepłą, leczniczą wodą (38 stopni).

Nasza lokalizacja: N 48° 13.937, E 22° 4.090

Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 210 km. Mapka trasy .

sobota, 24 września 2011

Cerkiewki

Nie ma to jak troskliwy gospodarz. Pan, który pilnuje tutaj campingu jest bardzo troskliwy i chętnie pokazał gdzie jest najbliższy sklep a nawet mnie do niego zaprowadził. Co chwila zaglądał do kampera a to z informacją że woda już nagrzana i można się kąpać, a to że zaprasza na TV, albo że jest też barek i można sobie coś dokupić do picia, albo  .....
A podobno to na Podlasiu ludzie są "namolni" :)

Dzisiaj w planie kilka (może i kilkanaście) starych, drewnianych, zabytkowych cerkiewek. A na nocleg pewnie wrócimy tutaj, na ten camping.




Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 140 km. Mapka trasy .

piątek, 23 września 2011

Rumuńskie drogi

Noc spędziliśmy spokojnie, tylko poranny ruch na ulicach nas wcześniej obudził. Po śniadaniu i kawce w kafejce na stacji benzynowej ruszyliśmy w dalsza trasę. Najpierw przez miasto (wypada obejrzeć jeśli się w nim nocowało), później dalej, w stronę Baia Mare. Droga cały czas w remoncie, co chwila zwężenie, co chwila jakiś człowiek kierujący ruchem. Ale jakoś udało się dojechać. Znowu przejażdżka po mieście, w centrum właśnie zaczął się jakiś trzy dniowy festyn ale się nie zatrzymywaliśmy i pojechaliśmy pooglądać stary zabytkowy kościółek, wpisany na listę Unesco w Şurdeşti. Później powrót na główną drogę  nr 18 i jazda do Sigethu Marmetiei.
Powiedzieć, że ta droga jest kreta to za mało - znak drogowy ostrzegający o niebezpiecznych zakrętach pod spodem miał informacje ze to dotyczy odcinka 18 km. Tak jakoś udało się dojechać na szczyt a zaraz za nim kolejny znak - tym razem już tylko 11 km  I większość zakrętów po ponad 180 stopni. Krótki postój w Mara przy restauracji rybnej , koło wysokiego wodospadu i wreszcie dojechaliśmy do Sigethu Marmetiei. W przewodniku jest napisane, ze jest tu informacja turystyczna ale tubylcy nic o tym nie wiedzą, a taksówkarz przekonywał nas, że nic takiego nie ma. Wypytując ludzi i porównując informację - trafiliśmy na sympatyczny Hostel and Camping IZA. Cena przyzwoita - 56 leji (czyli niecałe 60 zł) za dwie osoby, z prądem i WiFI.

Nasza lokalizacja: N 47° 56.016, E 23° 54.292

Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 200 km. Mapka trasy .

czwartek, 22 września 2011

Kierunek - Rumunia

Decyzja zapadła, dzisiaj wjeżdżamy do Rumunii (Oradea). Dla mnie to ciągle "dziki" kraj, ale ja widziałem Rumunię od środka ponad 25 lat temu, więc mam nadzieję, że sporo się u nich zmieniło. Nie mam pojęcia jak tam będzie z dostępem do internetu, więc przez kilka dni mogę się tutaj nie odzywać.

21:00 (22:00 miejscowego czasu)

Jeszcze w Debreczynie zrobiliśmy zakupy (winogrona, pieczywo i inne drobiazgi) i jazda w stronę granicy.
Rumunia nie jest jeszcze w "Shengen", więc w sumie dwa przejścia graniczne: węgierskie i rumuńskie. Między przejściami postanowiłem kupić obowiązkową w Rumunii winietę. Jest kilka punktów, ale większość zamknięta. Po spacerze od jednego do drugiego punktu wreszcie znalazłem taki, który był czynny. Po pierwsze okazało się, że za kampera zapłacę drożej, niż za osobowy (jak za dostawczy do 3,5T). Po drugie, usłyszałem od dziewczyny sprzedającej winiety ze płacę 8E, zapłaciłem i dostałem rachunek na 6E. Jakoś zupełnie mnie to nie zdziwiło :) Panie ze straży granicznej tylko wypytała nas dokąd jedziemy i była lekko zdziwiona ze nie do Bułgarii ale kontrolę celną nam darowano i pozwolono jechać dalej.
Około 30 kilometrów za Oradeą fajny, duży parking dla TIRów, z restauracją, sanitariatami i nawet klubem nocnych uciech za miedzą. Nocleg TIRa kosztuje 20 leji, w to wliczony jest prysznic (kiedyś było też śniadanie, ale już je wykreślono z tablicy informacyjnej).
W miejscowości Alesd, wspaniała Jadzia (czyli TomTom) kazała skręcić w lewo i się zaczęło..... Wąska kręta droga, zapadające się pobocza, brak barierek na poboczach, w dodatku remontowana, co dodatkowo utrudniało jazdę. Gdy już wydrapaliśmy się jakoś na najwyższy punkt drogi, czekały na nas następne niespodzianki. A to samotnie podróżujący koń, ze spętanymi łańcuchem nogami, który był bardzo zdziwiony naszym widokiem, a to stada krów maszerujących dostojnie z pastwiska do domów (bo okazało się, że są to krowy z różnych gospodarstw). Przy kolejnym, sporym stadzie zatrzymałem się z tyłu i chciałem przeczekać aż dojdą na miejsce. Człowiek który je prowadził, kazał jechać mimo wszystko a jakiś miejscowy, dostawczakiem, pokazał jak się mija takie stado. Po prostu wjechał między krowy bez pardonu, rozepchną je i pojechał dalej.
Niestety, żadnego osiołka, na którego czekała Ewa nie spotkaliśmy.
Dojechaliśmy wreszcie do Zalau, stoimy na stacji benzynowej i nawet jest internet :)

Nasza pozycja: N 47° 12.090, E 23° 3.286

Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 200 km. Mapka trasy .

środa, 21 września 2011

Wielka Nizina Węgierska

Po śniadaniu pojechaliśmy na koniki. Zwiedzanie Puszty, powozami, z pokazami pasterzy zajęło nam około dwóch godzin.Bardzo sympatyczna impreza, fajnie zrobione pokazy i nawet pozwolili na chwilę wsiąść na konia i poudawać jeźdźca. Później pojechaliśmy do Hajduszoboszlo - znane i popularne termy. Tak popularne wśród Polaków, że w mieście dużo napisów po polsku, pani sprzedająca langose w budce mówiła bardzo dobrze po polsku, na parkingu koło term i campingu stały dwa polskie autokary. Sam camping olbrzym, z parcelami, informacjami też oczywiście po polsku - ale drogi strasznie. Pobieżny rachunek wykazał, że za jedna noc musielibyśmy zapłacić ponad 25E i nie wiadomo czy w tym byłby wstęp na termy. Zrezygnowaliśmy z tych "luksusów" i pojechaliśmy do Debreczyna - mały spacer po centrum, przy okazji wizyta w banku (bankomat) i na nocleg zatrzymaliśmy się na campingu przy kąpielisku miejskim. Tutaj, oczywiście też jest ciepłe źródło (ok 39 stopni). Camping wygląda rozsądnie a kąpielisko pamięta poprzedni ustrój :)

Nasza lokalizacja: N 47° 30.496, E 21° 38.301

Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 60 km. Mapka trasy .

wtorek, 20 września 2011

Węgry

W nocy trochę popadało i na szczęście jest chłodnej.  Obejrzeliśmy termy w Bogacz, nie wzbudziły w nas zachwytu (co kto lubi). Campingów tutaj jest kilka, ten na którym nocowaliśmy jest chyba najtańszy. Wystarczy porównać cenę za podłączenie do prądu - na "naszym" płaciliśmy 300 ft - na campingu który się mieści bezpośrednio na terenie term podłączenie do prądu kosztuje 700 ft.
Pojechaliśmy następnie w okolice Egeru, dokładnie do Egerszalok, by zobaczyć "węgierskie Pammukale", czyli fantastyczna górę z osadów kalcytowych, jakie robi źródło tryskające tam w wyniku odwiertów z 1961 roku. Wygląda to ślicznie ale ten zapach (siarkowodór) jest tragiczny. Dosłownie kilka km wcześniej jest nowo wybudowany (a raczej ciągle jeszcze budowany) ośrodek w Demjen.
Pożegnaliśmy się z górami Bukowymi i jedziemy w stronę Puszty, do Hortobagy  przez jezioro Tisza i Tiszafured. termal camping jaki tam był, tez nas nie zachwycił, chociaż trzeba przyznać, że duży i ładnie utrzymany - parcele jak w Heviz. Na wieczór dotarliśmy do Hortobagy, nocleg na jedynym tutaj campingu (dość drogi, dwie osoby z podłączeniem do prądu - ponad 6000 ft). jeszcze wieczorny spacerek, kawka i apetyczny muskat i można iść spać.

Nasza lokalizacja: N 47° 34.766, E 21° 08.913


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 130 km. Mapka trasy .

poniedziałek, 19 września 2011

Na wschód od Budapesztu

Rano przejechaliśmy na stronę węgierską i nad Dunajem zjedliśmy śniadanie. Później wzdłuż Dunaju, do Vyszehradu (śliczny zamek na górze), krótki postój w Szentendre i na autostradę M3 w kierunku wschodnim. Po drodze jakies małe jedzonko na jednym za parkingów. Pod wieczor dojechaliśmy do Egeru, odwiedziliśmy tzw Dolinę Pięknych Kobiet gdzie pan parkingowy powitał nas po polsku. Naleśniki i szukanie campingu. Jadzia zaprowadziła nas na przystanek autobusowy i stwierdziła stanowczo - "dotarłeś do celu" . Pojechaliśmy więc do Bogacs, stoimy na campingu.


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 230 km. Mapka trasy .

niedziela, 18 września 2011

Budapeszt

Dzisiejsza pogoda mnie wykończyła. Rano było ładnie, słoneczko i niezbyt ciepło ale temperatura wzrosła dość szybko, dodatkowo było parno i duszno.
Rano wybrałem się HEV czyli kolejką podmiejską do Aquincum, pozostałości po starym, rzymskim mieście. Później w planach był spacer wzdłóż całej wyspy Małgorzaty ale zabrakło sił więc przejechałem ja autobusem miejskim.
Pakowanie, tankowanie i inne tego typu czynności i wyjazd do Sturova, po Ewę. Nocujemy w Sturovie, w tym samym miejscu co kilkanaście dni temu.



Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 60 km. Mapka trasy .

sobota, 17 września 2011

Budapeszt

To miasto jak zawsze mnie zachwyca i to nie tylko swoja architektura, położeniem, przepięknymi widokami na Dunaj i przez Dunaj ale również i ludźmi.Prawie dwu milionowe miast, ruch na ulicach tutaj od kiedy pamiętam (pierwszy raz byłem tuta ponad 30 lat temu) był bardzo duży. A klaksonów nie słychać, nikt na nikogo się nie wydziera, wręcz przeciwnie, kierowcy jedni drugich wpuszczają a bocznych uliczek. Jak jakiś pieszy przechodzi przez jezdnie poza pasami to często kierowca się zatrzyma by go przepuścić. Byłem świadkiem, jak autobus miejski celowo wpuszczał samochody osobowe i to na węgierskiej rejestracji. Co więcej - wpuścił tez rowerzystę przed siebie - nie do pomyślenia u nas w Polsce, a szkoda. A tych Madziarów pozdrawiających mnie przez ostatni tydzień na drogach nie policzę. Ciężko się szukało geocachy, bo jak tylko się gdzieś zatrzymałem Mruczkiem to spod ziemi wyrastał jakiś człowiek (lub zatrzymywało się auto na węgierskich numerach) i oferował swoją pomoc.
Rano, po śniadaniu pojechałem na geocache do dzielnicy północnej czyli do Ujpestu. Trochę bloków jak u nas, trochę domków jednorodzinnych - sobota, więc cisza, spokój ruch niewielki więc ten spacer oceniam bardzo miło. Na  drugie śniadanie zjadłem po drodze langosa w jakimś barku dla tubylców (tylko wysmarowany wyciśniętym czosnkiem - pycha) a na obiad zajechałem w okolice Placu Bohaterów. Koni zatrzęsienie, ludzi niestety też. Cały plac i okolice (centrum miasta) zamknięte. Dzisiaj były różne pokazy - ekwilibrystyka na koniach, różne formacje w historycznych strojach ale najlepiej było to widać na telebimach (bo oczywiście TV to transmitowała). Zjadłem sobie podwójna porcje zupki gulaszowej, popiłem szklanka szampana i na deser uraczyłem się wspaniałym, ciepłym, prosto z pieca ciastem z wiśniami. Jakby tego było mało na festynie pojawiła się oryginalna orkiestra cygańska (niestety, bez cymbałów) i zagrała między innymi oczywiście "OZO SIP) :) Ledwie żywy, już po ciemku, wróciłam na camping.


Dzisiejsze fotki. Postój

piątek, 16 września 2011

Madziarski folklor

Wczoraj chodząc po mieście widziałem wiele rozstawianych budek i pawilonów, i na Zamku i na Placu Bohaterów. Szukałem jakichś plakatów z informacją, ale nie udało mi się niczego znaleźć. Dopiero po powrocie do kampera, w internecie, wygrzebałem ciekawe informacje. Otóż, w ten weekend "będzie się działo" tutaj, w Budapeszcie.
Po pierwsze - Narodowy Galop czyli wielkie święto koni i folkloru. Program bogaty a ta mapka mówi sama za siebie.

Natomiast na Zamku odbędzie się Festiwal Czekolady. Impreza trwa od rana, dzisiaj i jutro do północy, w niedzielę, do 10 wieczorem. A w programie:

-          Chocolate and ice-cream making demonstration. “Sweet round-the-world trip”
-          The leaders of chocolate design present the chosen nicest chocolate packaging
-          Praline course – visitors can try praline-making with the help of our exhibitors
-          Chocolate course – featuring Tibor Szántó, chocolate expert and manufacturer
-          Guided chocolate tasting tours with expert. (Chocolate Ambassadors)
-          Everything about chocolate. Professional programs for laymen.
-          Sweet recipes. A sweet culinary adventure with chocolate (old and traditional but in new, modern clothes)
-          Chocolate as lifestyle. What does a doctor, an alternative practitioner or an ayurvedic health guru say about this? And what do we, lovers of chocolate and sweets think about this?

Wieczorna część (czyli już po zakończeniu końskich pokazów) jest tez ciekawa:

-          night sweets and chocolate fair
-          chocolate & wine
-          sweets & alcohol

Echhhh, ciekawy weekend się zapowiada :)


Dzisiejsze fotki. Postój

czwartek, 15 września 2011

Budapeszt

Dojechałem do Budapesztu. Zatrzymałem się na campingu Arena. Sympatycznie wygląda, bardzo sympatyczny właściciel. Na bramie wjazdowej ostrzeżenie, że terenu pilnuje zły pies. Nie wiem,jak traktuje innych, ale mnie na początku obszczekał przyzwoicie ale już po dwóch minutach lizał mnie po rękach :)
Kupiłem bilet 24 godzinny (1550 ft) więc nie tylko pochodziłem ale i pojeździłem sobie i metrem (czerwone i zółte), i tramwajem, i autobusem. Budapeszt wyładniał, przez te 20 lat jak mnie tutaj nie było. No i nareszcie można oglądać Zamek, zniszczony w czasie II wojny światowej. Komuniści go otoczyli murem i oglądało się sama bryłę z daleka. Jutro dalszy ciąg dreptania po mieście.
Moja lokalizacja: N 47° 30.225 , E 19° 9.489


Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 100 km. Mapka trasy .

środa, 14 września 2011

Na północ

Po pięciu dniach moczenia się w Csokonyavisonta (zacząłem w sobotę i dzisiaj, przed wyjazdem też jeszcze posiedziałem w termach) ruszyłem na północ - kierunek Budapeszt. Po drodze do Kaposvar, zaraz za skrętem do Nagyatad, zobaczyłem kierunkowskaz prowadzący do Vidrapark, więc skręciłem. Droga ładna ale paskudna, gruntowa a raczej mocno piaszczysta, z dziurami, podjazdami - całe 2,5 km jechałem na 1 bojąc się, by Mruczek nie zatrzymał się w tym piachu, bo wtedy byłoby problem. Szczęśliwie dotarłem na miejsc, gospodarz (typowy Madziar) wytłumaczył mi po węgiersku oczywiście) ze bilet normalny kosztuje 500 ft a specjalny 1000 ft. Długo mi wyjaśniał na czym polega ta specjalność - nic nie zrozumiałem, więc kupiłem ten normalny :) Wydra była, jedna, poza tym trochę ptactwa, ryby szalejące po stawach - ogólnie sympatyczne miejsce, polecam.
Współrzędne: N 46° 13.652, E 17° 30.150

Później dalej na północ. W sumie tak wyszło, że łącznie to co w tym i zeszłym roku przejechałem, to trasa dokładnie dookoła Balatonu. Nocuje na sprawdzonym w zeszłym roku miejscu czyli stacja benzynowa koło Polgardi
Moja lokalizacja: N 47° 4.059, E 18° 18.594



Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 160 km. Mapka trasy .

wtorek, 13 września 2011

BUL BUL PLUSK PLUSK

Poranna kąpiel (a raczej moczenie się w ciepłej wodzie), śniadanie, kąpiel z masażami, spacer po okolicy, kąpiel z masażami, odpoczynek, kąpiel z masażami i na koniec dnia znowu moczenie się w ciepłej wodzie - i tak minął kolejny dzień w termach w Csokonyavisonta :)



Dzisiejsze fotki. Postój

poniedziałek, 12 września 2011

Csokonyavisonta

Nie bardzo jest co pisać, bo niewiele się działo.
Poranne pluskanie (baseny otwierają o 8.30), później śniadanko. Małe sprzątanie kampera - kiedyś trzeba ten piasek z Estonii wywalić :) Znowu baseny i wodne masaże, krótki odpoczynek, obiad, odpoczynek,. basen.
Jutro będzie podobnie :)



Dzisiejsze fotki. Postój