Całe przedpołudnie przesiedzieliśmy przy komputerze, wprowadzałem ks Edwarda w tajniki Googla i jego różnych usług (blog, mapa, tłumacz itp). Po szybkim obiedzie - wyjazd do Krakowa, do Elcampu. Spory ruch na drodze, ciekawe jak to będzie wyglądało w czerwcu :) Na wieczór dojechałem na miejsce, zaraz zaprzyjaźniłem się ze ślicznym burym kocurem, kolacja i trzeba będzie szybko iść spać - jutro od 8 zabierają się za kamperka.
Dzisiejsze fotki.
poniedziałek, 14 maja 2012
niedziela, 13 maja 2012
Trzynasty maja
Od 19 lat nie lubię tej daty ......
Noc przeszła spokojnie, deszcz przestał padać i nawet w tej chwili słońce nieśmiało wygląda zza chmur. Po szybkim śniadaniu ja zostałem na gospodarstwie z komputerem (trzeba tradycyjnie porobić trochę porządków) a gospodarz pojechał do swoich zajęć.
W południe suma w miejscowym, zabytkowym kościele, później wyjazd na obiad do siostry gospodarza, pod Debicą. O 17 rozpoczął się mecz miejscowej ligi piłkarskiej, ale pogoda szybko nas wygoniła z boiska. Wieczorem, tradycyjnie, przy komputerze i na rozmowach.
Dzisiejsze fotki.
Noc przeszła spokojnie, deszcz przestał padać i nawet w tej chwili słońce nieśmiało wygląda zza chmur. Po szybkim śniadaniu ja zostałem na gospodarstwie z komputerem (trzeba tradycyjnie porobić trochę porządków) a gospodarz pojechał do swoich zajęć.
W południe suma w miejscowym, zabytkowym kościele, później wyjazd na obiad do siostry gospodarza, pod Debicą. O 17 rozpoczął się mecz miejscowej ligi piłkarskiej, ale pogoda szybko nas wygoniła z boiska. Wieczorem, tradycyjnie, przy komputerze i na rozmowach.
Dzisiejsze fotki.
sobota, 12 maja 2012
Zaczynam trzeci sezon
Trochę później w tym roku, ale tak się złożyło. Pierwszy wypad, kilkudniowy, na południe Polski. Najpierw okolice Ropczyc (wieś Mała) - dostałem zaproszenie od księdza Edwarda, później w planie Kraków (kolejne drobne naprawy Mruczka).
Trasa wschodnią ścianą nudna, monotonna i tylko Jadzia umilała kilka razy życie. Zaczęła już w Białymstoku, bo uparła się, że jest krótsza trasa do Bielska Podlaskiego (a dokładniej do Plosek). Oczywiście, że jest, znam ją i dlatego nią nie chciałem jechać :) Później, w okolicach Lublina trochę poszalała - nie znała nowo wybudowanej drogi. Ale popis dała dopiero w Rzeszowie. Uparcie namawiała mnie na skręt w prawo i jazdę droga "szybkiego ruchu". Niestety - A4 w tym miejscu to kupa piachu i początki przęseł wiaduktów. Dałem się jej namówić i straciłem ponad pół godziny. PO powrocie na 19 - skręt na trasę do Krakowa Jadzia ma zupełnie pomieszany - albo proponowała bym zjechał gdzieś na trawnik albo prowadziła w środek, nie najnowszego bloku mieszkalnego - horror. Do Małej dotarłem niestety już po ciemku. I tu kolejna niespodzianka. Podjazd na podwórko po wysypanej żwirem mokrej ścieżce i Mruczek nie dawał rady. Kilka razy próbowałem, bez skutku. Na koniec gospodarz poprowadził nas od drugiej strony, polna droga, po trawie ale za to lekko w dół więc jakoś dojechałem. Jeszcze wizyta u rodzinki księdza Edwarda, i już można iść spać. Na jutro w planie bogaty program - zobaczymy co z tego wyjdzie.
Dzisiejsze fotki.
Trasa wschodnią ścianą nudna, monotonna i tylko Jadzia umilała kilka razy życie. Zaczęła już w Białymstoku, bo uparła się, że jest krótsza trasa do Bielska Podlaskiego (a dokładniej do Plosek). Oczywiście, że jest, znam ją i dlatego nią nie chciałem jechać :) Później, w okolicach Lublina trochę poszalała - nie znała nowo wybudowanej drogi. Ale popis dała dopiero w Rzeszowie. Uparcie namawiała mnie na skręt w prawo i jazdę droga "szybkiego ruchu". Niestety - A4 w tym miejscu to kupa piachu i początki przęseł wiaduktów. Dałem się jej namówić i straciłem ponad pół godziny. PO powrocie na 19 - skręt na trasę do Krakowa Jadzia ma zupełnie pomieszany - albo proponowała bym zjechał gdzieś na trawnik albo prowadziła w środek, nie najnowszego bloku mieszkalnego - horror. Do Małej dotarłem niestety już po ciemku. I tu kolejna niespodzianka. Podjazd na podwórko po wysypanej żwirem mokrej ścieżce i Mruczek nie dawał rady. Kilka razy próbowałem, bez skutku. Na koniec gospodarz poprowadził nas od drugiej strony, polna droga, po trawie ale za to lekko w dół więc jakoś dojechałem. Jeszcze wizyta u rodzinki księdza Edwarda, i już można iść spać. Na jutro w planie bogaty program - zobaczymy co z tego wyjdzie.
Dzisiejsze fotki.
piątek, 17 lutego 2012
Zamiast wspomnienia
Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono
Takie było moje pierwsze spotkanie z Wisławą Szymborską. Ten cytat miałem jako temat pracy maturalnej. Od tamtego czasu upłynęło wiele lat w ciągu których życie wiele razy mnie sprawdzało. Robiłem takie rzeczy, o które bym się nigdy nie podejrzewał.
W ostatnich dniach inny cytat z poetki podtrzymywał mnie na duchu:
Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.
Ile wspaniałej mądrości jest w tych krótkich czterech wierszach
..... musisz minąć, miniesz.....
Tak - to JEST piękne
Takie było moje pierwsze spotkanie z Wisławą Szymborską. Ten cytat miałem jako temat pracy maturalnej. Od tamtego czasu upłynęło wiele lat w ciągu których życie wiele razy mnie sprawdzało. Robiłem takie rzeczy, o które bym się nigdy nie podejrzewał.
W ostatnich dniach inny cytat z poetki podtrzymywał mnie na duchu:
Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.
Ile wspaniałej mądrości jest w tych krótkich czterech wierszach
..... musisz minąć, miniesz.....
Tak - to JEST piękne
piątek, 13 stycznia 2012
Potyczki z GSM - ciąg dalszy
Opisywałem swoje testy z zagranicznymi operatorami GSM, teraz pora na krajowych operatorów.
Miałem przez kilkanaście lat abonament w PlusGSM. Ponieważ wszystko sie zmienia, zmieniło się też moje zapotrzebowanie na ilość minut rozmów i postanowiłem przenieść numer na prepaida.
Wszystko odbyło się sprawnie, tylko później okazało się, że ten sam człowiek, z tym samym numerem, jest dla PlusGSM zupełnie nowym klientem i chcąc korzystać z preferencji za staż, muszę poczekać kilka miesięcy.
Wnerwiłem się i postanowiłem przenieść się do Orange, gdzie mam inna kartę (Orange Free) która bardzo mi odpowiada, połączenia z internetem praktycznie za darmo, minuta rozmowy 29 gr, więc jak dla mnie oferta najkorzystniejsza.
Tu zaczęły się schody. Rozmawiałem w kilku salonach w Białymstoku, w każdym mówiono coś zupełnie innego.
W pierwszym poinformowano mnie, że jak przyjdę załatwiać przeniesienie numeru, to dostanę tymczasowo inna kartę, z innym numerem a po przeniesieniu, dostane kolejna kartę ze swoim starym numerem. Tylko, że na razie nie maja takich kart i muszę kilka dni poczekać.
W drugim salonie dowiedziałem się, że przeniesienie numeru załatwia od reki, wyjdę od nich już z przeniesionym numerem, tylko, że muszę poczekać kilka dni bo tez nie maja odpowiedniej karty SIM do przeniesienia.
No to trzecie salon - a tutaj najwięcej niespodzianek. Po pierwsze - jak się zgłoszę przed 15 to są duże szanse, że już następnego dnia numer będzie przeniesiony ale może to potrwać i dłużej. Powiedziałem sobie - trudno i pojechałem do tego salonu załatwiać sprawę.
Orange na swoich stronach namawiając do przeniesienia numeru do nich, zapewniają, że:
co zyskujesz
- aż 120 zł do wykorzystania na połączenia, SMS-y i MMS-y w Orange, na połączenia z numerami stacjonarnymi oraz na transfer danych (Internet)
- po 10 zł dodatkowo przy każdym z 12 pierwszych doładowań za 25zł lub więcej
- rok na wykorzystanie środków z doładowań
W poprzednich salonach potwierdzano te wersję. Natomiast w trzecim dowiedziałem się, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Okazało się, że muszę przez pierwsze 6 miesięcy systematycznie doładowywać konto po co najmniej 25 zł (dostanę za to, za każde takie doładowanie, 10 minut czyli 2,90 zł) ale jeśli nie będę doładowywał, to zostanę obciążony karą w wysokości 17,90 (malejąca po 2,90 miesięcznie).
Później muszę doładowywać po co najmniej 50 zł raz na 3 miesiące, też pod groźbą jakichś kar.
Więc zamiast marchewki, jest kij i to całkiem spory. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby operator od którego odchodzę nakładał na mnie jakieś kary - ale ten do którego przychodzę, zaczyna od straszenia karami ?
Kompletna paranoja !!!!!!
Wygląda na to, że jeśli chcę mieć dwa numery w Orange (stary Free i drugi, do rozmów) o wiele bardziej opłaca się po prostu zmienić nr, stary wywalić do kosza i kupić sobie nowy starter.
Jest jeszcze jedna możliwość - jeśli w innych salonach mówili co innego, to może i ta informacja jest warta funta kłaków ?
Miałem przez kilkanaście lat abonament w PlusGSM. Ponieważ wszystko sie zmienia, zmieniło się też moje zapotrzebowanie na ilość minut rozmów i postanowiłem przenieść numer na prepaida.
Wszystko odbyło się sprawnie, tylko później okazało się, że ten sam człowiek, z tym samym numerem, jest dla PlusGSM zupełnie nowym klientem i chcąc korzystać z preferencji za staż, muszę poczekać kilka miesięcy.
Wnerwiłem się i postanowiłem przenieść się do Orange, gdzie mam inna kartę (Orange Free) która bardzo mi odpowiada, połączenia z internetem praktycznie za darmo, minuta rozmowy 29 gr, więc jak dla mnie oferta najkorzystniejsza.
Tu zaczęły się schody. Rozmawiałem w kilku salonach w Białymstoku, w każdym mówiono coś zupełnie innego.
W pierwszym poinformowano mnie, że jak przyjdę załatwiać przeniesienie numeru, to dostanę tymczasowo inna kartę, z innym numerem a po przeniesieniu, dostane kolejna kartę ze swoim starym numerem. Tylko, że na razie nie maja takich kart i muszę kilka dni poczekać.
W drugim salonie dowiedziałem się, że przeniesienie numeru załatwia od reki, wyjdę od nich już z przeniesionym numerem, tylko, że muszę poczekać kilka dni bo tez nie maja odpowiedniej karty SIM do przeniesienia.
No to trzecie salon - a tutaj najwięcej niespodzianek. Po pierwsze - jak się zgłoszę przed 15 to są duże szanse, że już następnego dnia numer będzie przeniesiony ale może to potrwać i dłużej. Powiedziałem sobie - trudno i pojechałem do tego salonu załatwiać sprawę.
Orange na swoich stronach namawiając do przeniesienia numeru do nich, zapewniają, że:
co zyskujesz
- aż 120 zł do wykorzystania na połączenia, SMS-y i MMS-y w Orange, na połączenia z numerami stacjonarnymi oraz na transfer danych (Internet)
- po 10 zł dodatkowo przy każdym z 12 pierwszych doładowań za 25zł lub więcej
- rok na wykorzystanie środków z doładowań
W poprzednich salonach potwierdzano te wersję. Natomiast w trzecim dowiedziałem się, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Okazało się, że muszę przez pierwsze 6 miesięcy systematycznie doładowywać konto po co najmniej 25 zł (dostanę za to, za każde takie doładowanie, 10 minut czyli 2,90 zł) ale jeśli nie będę doładowywał, to zostanę obciążony karą w wysokości 17,90 (malejąca po 2,90 miesięcznie).
Później muszę doładowywać po co najmniej 50 zł raz na 3 miesiące, też pod groźbą jakichś kar.
Więc zamiast marchewki, jest kij i to całkiem spory. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby operator od którego odchodzę nakładał na mnie jakieś kary - ale ten do którego przychodzę, zaczyna od straszenia karami ?
Kompletna paranoja !!!!!!
Wygląda na to, że jeśli chcę mieć dwa numery w Orange (stary Free i drugi, do rozmów) o wiele bardziej opłaca się po prostu zmienić nr, stary wywalić do kosza i kupić sobie nowy starter.
Jest jeszcze jedna możliwość - jeśli w innych salonach mówili co innego, to może i ta informacja jest warta funta kłaków ?
wtorek, 1 listopada 2011
Nocleg
Pomysł z noclegiem koło McDonalda i stacji BP był idiotyczny.
Hałas ruchu ulicznego, karetki na sygnale, tramwaje itp jeszcze bym zniósł, ale okazało się, że te 3 miejsca parkingowe wykorzystywane są przez pracowników McDonalda do prac porządkowych. Najpierw, koło 3 w nocy zaraz koło kamperka zaczęli składać puste pojemniki i skrzynki, jak skończyli przyjechała ciężarówka i głośnym podnośnikiem to wszystko ładowała. Pół godziny przerwy i następna ciężarówka, tym razem z dostawą. Palety (chyba z 7) poustawiane dookoła kamperka i teraz trwa rozcinanie folii, rozbijanie drewnianych opakowań. A wyjechać się nie da, muszę czekać na koniec tych prac.
wrrrrrrrrrr
Hałas ruchu ulicznego, karetki na sygnale, tramwaje itp jeszcze bym zniósł, ale okazało się, że te 3 miejsca parkingowe wykorzystywane są przez pracowników McDonalda do prac porządkowych. Najpierw, koło 3 w nocy zaraz koło kamperka zaczęli składać puste pojemniki i skrzynki, jak skończyli przyjechała ciężarówka i głośnym podnośnikiem to wszystko ładowała. Pół godziny przerwy i następna ciężarówka, tym razem z dostawą. Palety (chyba z 7) poustawiane dookoła kamperka i teraz trwa rozcinanie folii, rozbijanie drewnianych opakowań. A wyjechać się nie da, muszę czekać na koniec tych prac.
wrrrrrrrrrr
poniedziałek, 31 października 2011
Święto Zmarłych
Dojechałem do Wrocławia. Niby tylko 600 km a z domy wyjechałem dwa dni temu :) Jak to mówią - "taki układ". Mruczka z jego sypialni mogłem zabrać w sobotę, do 15 (i tak właśnie zrobiłem) a w niedzielę jeszcze musiałem popracować. Później do Ewy, do Warszawy i dzisiaj, całkiem spokojnie (mimo komunikatów) pojechałem tradycyjna drogą, czyli S8.
Znowu zaczęły sie problemy z prądem, z ładowaniem. Jadę, wszystko jest OK i nagle kontrolka ładowania na panelu gaśnie. Zapala się dopiero, jak się zatrzymam, wyłączę światła i trochę podgazuję, ale tylko na chwilę. Już za Oleśnicą, czyli przed samym Wrocławiem, przypomniałem sobie, że mam mały elektroniczny miernik/wskaźnik napięcia (trzy diodki) i postanowiłem dokładniej zbadać te problemy z prądem. Zamontowałem w gniazdko zapalniczki samochodowej (czyli akumulator samochodowy) później podczepiłem pod akumulator zabudowy - jadę i obserwuję, że napięcie jest jakieś nieciekawe, żółty LED się pali zielony trochę pomruga i gaśnie, a silnik włączony i powinno się dobrze ładować. Zmartwiło mnie to mocno - alternator był przeglądany w Bialmocie, szczotki wymienione, wyglądało że wszystko jest OK a tu znowu klops. Zatrzymałem sie na nieoświetlonym parkingu, tuz przed Długołęką i zastanawiam sie co robić. Przypomniałem sobie, że warto przy okazji "wyprowadzić kota". Pusta kasetę włożyłem do kampera, wracam do kabiny i zaczynam kolejne testy z prądem a tu miła niespodzianka. Wszystko jest OK, ładowanie w normie, miernik podczepiony pod oba akumulatory świeci zieloną kontrolką - ideał :)
Wystarczyło wyprowadzić kota - by poprawić ładowanie akumulatorów :) :)
I chyba wiem, w czym problem - nie chce teraz, poza Białymstokiem grzebać ale wygląda na to że i moduł jest OK, i obecny alternator jest wystarczający.
Stoję na razie na wylocie ul. Liskego, przy McDonaldzie i możliwe że tutaj będę nocował.
czwartek, 6 października 2011
Drobne naprawy
Po wakacyjnych podróżach nadszedł czas, by porobić kilka drobnych napraw. W Rumunii zauważyłem, że Mruczek "zamilkł" czyli klakson przestał działać. Kilka dni temu (w poniedziałek) w Bialmocie poradzili sobie z tym szybko - wymiana na nowy i już można trąbić.
Na dzisiaj byłem umówiony w Unimocie (białostocki serwis Trumy) na naprawę ogrzewania. Wodę można było nagrzać ale włączenie nawiewu kończyło się zapaleniem czerwonej kontrolki a w kamperku nadal było zimno (odczuliśmy to trochę na ostatnich noclegach). Po wstępnych oględzinach przez fachowca usłyszałem, że po prostu nie zapała się palnik od nawiewu i prawdopodobnie trzeba będzie ściągać multizawór i cała naprawa potrwa około tygodnia. Gdy zajechałem po południu dowiedziałem się, że już jest wszystko OK. Fachowcy wymienili tylko wypalone oringi i już ogrzewanie działa tak jak trzeba.
Na dzisiaj byłem umówiony w Unimocie (białostocki serwis Trumy) na naprawę ogrzewania. Wodę można było nagrzać ale włączenie nawiewu kończyło się zapaleniem czerwonej kontrolki a w kamperku nadal było zimno (odczuliśmy to trochę na ostatnich noclegach). Po wstępnych oględzinach przez fachowca usłyszałem, że po prostu nie zapała się palnik od nawiewu i prawdopodobnie trzeba będzie ściągać multizawór i cała naprawa potrwa około tygodnia. Gdy zajechałem po południu dowiedziałem się, że już jest wszystko OK. Fachowcy wymienili tylko wypalone oringi i już ogrzewanie działa tak jak trzeba.
środa, 28 września 2011
Do Warszawy
Na wieczór dojechaliśmy do Warszawy.
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 210 km. Mapka trasy .
wtorek, 27 września 2011
Z południa na północ
Po noclegu na stacji benzynowej koło Dukli pojechaliśmy oglądać koniki w Odrzechowej. Później zahaczyliśmy o Łańcut, pochodziliśmy trochę po parku i dalej w drogę, do Sandomierza. Nocujemy na Campingu Browarny.
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 240 km. Mapka trasy .
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 240 km. Mapka trasy .
poniedziałek, 26 września 2011
Wracamy powoli
Rano, po śniadaniu pluskanie się w termach w Kisvarda i do Sarospatak, tam też są termy.
(więcej dopisze później)
Na nocleg zatrzymaliśmy się na placu dla TIRów, koło stacji benzynowej, zaraz za Duklą.
Nasza lokalizacja: N 49° 33.961, E 21° 41.504
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 220 km. Mapka trasy .
(więcej dopisze później)
Na nocleg zatrzymaliśmy się na placu dla TIRów, koło stacji benzynowej, zaraz za Duklą.
Nasza lokalizacja: N 49° 33.961, E 21° 41.504
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 220 km. Mapka trasy .
niedziela, 25 września 2011
După România
W tytule nie ma żadnego brzydkiego wyrazu - to jest po prostu po rumuńsku.
Przez Sapantę, gdzie jest najwyższy na świecie drewniany kościół i tzw wesoły cmentarz, dojechaliśmy do Satu Mare. Oczywiście znowu serpentyny, patelnie i tym podobne "przyjemności". Przekroczyliśmy granicę na Węgry, drobne (ha ha ha) zakupy w TESCO i dotarliśmy do Kisvarda. Camping na terenie kąpieliska, jest też oczywiście basen z ciepłą, leczniczą wodą (38 stopni).
Nasza lokalizacja: N 48° 13.937, E 22° 4.090
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 210 km. Mapka trasy .
Przez Sapantę, gdzie jest najwyższy na świecie drewniany kościół i tzw wesoły cmentarz, dojechaliśmy do Satu Mare. Oczywiście znowu serpentyny, patelnie i tym podobne "przyjemności". Przekroczyliśmy granicę na Węgry, drobne (ha ha ha) zakupy w TESCO i dotarliśmy do Kisvarda. Camping na terenie kąpieliska, jest też oczywiście basen z ciepłą, leczniczą wodą (38 stopni).
Nasza lokalizacja: N 48° 13.937, E 22° 4.090
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 210 km. Mapka trasy .
sobota, 24 września 2011
Cerkiewki
Nie ma to jak troskliwy gospodarz. Pan, który pilnuje tutaj campingu jest bardzo troskliwy i chętnie pokazał gdzie jest najbliższy sklep a nawet mnie do niego zaprowadził. Co chwila zaglądał do kampera a to z informacją że woda już nagrzana i można się kąpać, a to że zaprasza na TV, albo że jest też barek i można sobie coś dokupić do picia, albo .....
A podobno to na Podlasiu ludzie są "namolni" :)
Dzisiaj w planie kilka (może i kilkanaście) starych, drewnianych, zabytkowych cerkiewek. A na nocleg pewnie wrócimy tutaj, na ten camping.
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 140 km. Mapka trasy .
A podobno to na Podlasiu ludzie są "namolni" :)
Dzisiaj w planie kilka (może i kilkanaście) starych, drewnianych, zabytkowych cerkiewek. A na nocleg pewnie wrócimy tutaj, na ten camping.
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 140 km. Mapka trasy .
piątek, 23 września 2011
Rumuńskie drogi
Noc spędziliśmy spokojnie, tylko poranny ruch na ulicach nas wcześniej obudził. Po śniadaniu i kawce w kafejce na stacji benzynowej ruszyliśmy w dalsza trasę. Najpierw przez miasto (wypada obejrzeć jeśli się w nim nocowało), później dalej, w stronę Baia Mare. Droga cały czas w remoncie, co chwila zwężenie, co chwila jakiś człowiek kierujący ruchem. Ale jakoś udało się dojechać. Znowu przejażdżka po mieście, w centrum właśnie zaczął się jakiś trzy dniowy festyn ale się nie zatrzymywaliśmy i pojechaliśmy pooglądać stary zabytkowy kościółek, wpisany na listę Unesco w Şurdeşti. Później powrót na główną drogę nr 18 i jazda do Sigethu Marmetiei.
Powiedzieć, że ta droga jest kreta to za mało - znak drogowy ostrzegający o niebezpiecznych zakrętach pod spodem miał informacje ze to dotyczy odcinka 18 km. Tak jakoś udało się dojechać na szczyt a zaraz za nim kolejny znak - tym razem już tylko 11 km I większość zakrętów po ponad 180 stopni. Krótki postój w Mara przy restauracji rybnej , koło wysokiego wodospadu i wreszcie dojechaliśmy do Sigethu Marmetiei. W przewodniku jest napisane, ze jest tu informacja turystyczna ale tubylcy nic o tym nie wiedzą, a taksówkarz przekonywał nas, że nic takiego nie ma. Wypytując ludzi i porównując informację - trafiliśmy na sympatyczny Hostel and Camping IZA. Cena przyzwoita - 56 leji (czyli niecałe 60 zł) za dwie osoby, z prądem i WiFI.
Nasza lokalizacja: N 47° 56.016, E 23° 54.292
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 200 km. Mapka trasy .
Powiedzieć, że ta droga jest kreta to za mało - znak drogowy ostrzegający o niebezpiecznych zakrętach pod spodem miał informacje ze to dotyczy odcinka 18 km. Tak jakoś udało się dojechać na szczyt a zaraz za nim kolejny znak - tym razem już tylko 11 km I większość zakrętów po ponad 180 stopni. Krótki postój w Mara przy restauracji rybnej , koło wysokiego wodospadu i wreszcie dojechaliśmy do Sigethu Marmetiei. W przewodniku jest napisane, ze jest tu informacja turystyczna ale tubylcy nic o tym nie wiedzą, a taksówkarz przekonywał nas, że nic takiego nie ma. Wypytując ludzi i porównując informację - trafiliśmy na sympatyczny Hostel and Camping IZA. Cena przyzwoita - 56 leji (czyli niecałe 60 zł) za dwie osoby, z prądem i WiFI.
Nasza lokalizacja: N 47° 56.016, E 23° 54.292
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 200 km. Mapka trasy .
czwartek, 22 września 2011
Kierunek - Rumunia
Decyzja zapadła, dzisiaj wjeżdżamy do Rumunii (Oradea). Dla mnie to ciągle "dziki" kraj, ale ja widziałem Rumunię od środka ponad 25 lat temu, więc mam nadzieję, że sporo się u nich zmieniło. Nie mam pojęcia jak tam będzie z dostępem do internetu, więc przez kilka dni mogę się tutaj nie odzywać.
21:00 (22:00 miejscowego czasu)
Jeszcze w Debreczynie zrobiliśmy zakupy (winogrona, pieczywo i inne drobiazgi) i jazda w stronę granicy.
Rumunia nie jest jeszcze w "Shengen", więc w sumie dwa przejścia graniczne: węgierskie i rumuńskie. Między przejściami postanowiłem kupić obowiązkową w Rumunii winietę. Jest kilka punktów, ale większość zamknięta. Po spacerze od jednego do drugiego punktu wreszcie znalazłem taki, który był czynny. Po pierwsze okazało się, że za kampera zapłacę drożej, niż za osobowy (jak za dostawczy do 3,5T). Po drugie, usłyszałem od dziewczyny sprzedającej winiety ze płacę 8E, zapłaciłem i dostałem rachunek na 6E. Jakoś zupełnie mnie to nie zdziwiło :) Panie ze straży granicznej tylko wypytała nas dokąd jedziemy i była lekko zdziwiona ze nie do Bułgarii ale kontrolę celną nam darowano i pozwolono jechać dalej.
Około 30 kilometrów za Oradeą fajny, duży parking dla TIRów, z restauracją, sanitariatami i nawet klubem nocnych uciech za miedzą. Nocleg TIRa kosztuje 20 leji, w to wliczony jest prysznic (kiedyś było też śniadanie, ale już je wykreślono z tablicy informacyjnej).
W miejscowości Alesd, wspaniała Jadzia (czyli TomTom) kazała skręcić w lewo i się zaczęło..... Wąska kręta droga, zapadające się pobocza, brak barierek na poboczach, w dodatku remontowana, co dodatkowo utrudniało jazdę. Gdy już wydrapaliśmy się jakoś na najwyższy punkt drogi, czekały na nas następne niespodzianki. A to samotnie podróżujący koń, ze spętanymi łańcuchem nogami, który był bardzo zdziwiony naszym widokiem, a to stada krów maszerujących dostojnie z pastwiska do domów (bo okazało się, że są to krowy z różnych gospodarstw). Przy kolejnym, sporym stadzie zatrzymałem się z tyłu i chciałem przeczekać aż dojdą na miejsce. Człowiek który je prowadził, kazał jechać mimo wszystko a jakiś miejscowy, dostawczakiem, pokazał jak się mija takie stado. Po prostu wjechał między krowy bez pardonu, rozepchną je i pojechał dalej.
Niestety, żadnego osiołka, na którego czekała Ewa nie spotkaliśmy.
Dojechaliśmy wreszcie do Zalau, stoimy na stacji benzynowej i nawet jest internet :)
Nasza pozycja: N 47° 12.090, E 23° 3.286
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 200 km. Mapka trasy .
21:00 (22:00 miejscowego czasu)
Jeszcze w Debreczynie zrobiliśmy zakupy (winogrona, pieczywo i inne drobiazgi) i jazda w stronę granicy.
Około 30 kilometrów za Oradeą fajny, duży parking dla TIRów, z restauracją, sanitariatami i nawet klubem nocnych uciech za miedzą. Nocleg TIRa kosztuje 20 leji, w to wliczony jest prysznic (kiedyś było też śniadanie, ale już je wykreślono z tablicy informacyjnej).
W miejscowości Alesd, wspaniała Jadzia (czyli TomTom) kazała skręcić w lewo i się zaczęło..... Wąska kręta droga, zapadające się pobocza, brak barierek na poboczach, w dodatku remontowana, co dodatkowo utrudniało jazdę. Gdy już wydrapaliśmy się jakoś na najwyższy punkt drogi, czekały na nas następne niespodzianki. A to samotnie podróżujący koń, ze spętanymi łańcuchem nogami, który był bardzo zdziwiony naszym widokiem, a to stada krów maszerujących dostojnie z pastwiska do domów (bo okazało się, że są to krowy z różnych gospodarstw). Przy kolejnym, sporym stadzie zatrzymałem się z tyłu i chciałem przeczekać aż dojdą na miejsce. Człowiek który je prowadził, kazał jechać mimo wszystko a jakiś miejscowy, dostawczakiem, pokazał jak się mija takie stado. Po prostu wjechał między krowy bez pardonu, rozepchną je i pojechał dalej.
Niestety, żadnego osiołka, na którego czekała Ewa nie spotkaliśmy.
Dojechaliśmy wreszcie do Zalau, stoimy na stacji benzynowej i nawet jest internet :)
Nasza pozycja: N 47° 12.090, E 23° 3.286
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 200 km. Mapka trasy .
środa, 21 września 2011
Wielka Nizina Węgierska
Po śniadaniu pojechaliśmy na koniki. Zwiedzanie Puszty, powozami, z pokazami pasterzy zajęło nam około dwóch godzin.Bardzo sympatyczna impreza, fajnie zrobione pokazy i nawet pozwolili na chwilę wsiąść na konia i poudawać jeźdźca. Później pojechaliśmy do Hajduszoboszlo - znane i popularne termy. Tak popularne wśród Polaków, że w mieście dużo napisów po polsku, pani sprzedająca langose w budce mówiła bardzo dobrze po polsku, na parkingu koło term i campingu stały dwa polskie autokary. Sam camping olbrzym, z parcelami, informacjami też oczywiście po polsku - ale drogi strasznie. Pobieżny rachunek wykazał, że za jedna noc musielibyśmy zapłacić ponad 25E i nie wiadomo czy w tym byłby wstęp na termy. Zrezygnowaliśmy z tych "luksusów" i pojechaliśmy do Debreczyna - mały spacer po centrum, przy okazji wizyta w banku (bankomat) i na nocleg zatrzymaliśmy się na campingu przy kąpielisku miejskim. Tutaj, oczywiście też jest ciepłe źródło (ok 39 stopni). Camping wygląda rozsądnie a kąpielisko pamięta poprzedni ustrój :)
Nasza lokalizacja: N 47° 30.496, E 21° 38.301
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 60 km. Mapka trasy .
Nasza lokalizacja: N 47° 30.496, E 21° 38.301
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 60 km. Mapka trasy .
wtorek, 20 września 2011
Węgry
W nocy trochę popadało i na szczęście jest chłodnej. Obejrzeliśmy termy w Bogacz, nie wzbudziły w nas zachwytu (co kto lubi). Campingów tutaj jest kilka, ten na którym nocowaliśmy jest chyba najtańszy. Wystarczy porównać cenę za podłączenie do prądu - na "naszym" płaciliśmy 300 ft - na campingu który się mieści bezpośrednio na terenie term podłączenie do prądu kosztuje 700 ft.
Pojechaliśmy następnie w okolice Egeru, dokładnie do Egerszalok, by zobaczyć "węgierskie Pammukale", czyli fantastyczna górę z osadów kalcytowych, jakie robi źródło tryskające tam w wyniku odwiertów z 1961 roku. Wygląda to ślicznie ale ten zapach (siarkowodór) jest tragiczny. Dosłownie kilka km wcześniej jest nowo wybudowany (a raczej ciągle jeszcze budowany) ośrodek w Demjen.
Pożegnaliśmy się z górami Bukowymi i jedziemy w stronę Puszty, do Hortobagy przez jezioro Tisza i Tiszafured. termal camping jaki tam był, tez nas nie zachwycił, chociaż trzeba przyznać, że duży i ładnie utrzymany - parcele jak w Heviz. Na wieczór dotarliśmy do Hortobagy, nocleg na jedynym tutaj campingu (dość drogi, dwie osoby z podłączeniem do prądu - ponad 6000 ft). jeszcze wieczorny spacerek, kawka i apetyczny muskat i można iść spać.
Nasza lokalizacja: N 47° 34.766, E 21° 08.913
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 130 km. Mapka trasy .
Pojechaliśmy następnie w okolice Egeru, dokładnie do Egerszalok, by zobaczyć "węgierskie Pammukale", czyli fantastyczna górę z osadów kalcytowych, jakie robi źródło tryskające tam w wyniku odwiertów z 1961 roku. Wygląda to ślicznie ale ten zapach (siarkowodór) jest tragiczny. Dosłownie kilka km wcześniej jest nowo wybudowany (a raczej ciągle jeszcze budowany) ośrodek w Demjen.
Pożegnaliśmy się z górami Bukowymi i jedziemy w stronę Puszty, do Hortobagy przez jezioro Tisza i Tiszafured. termal camping jaki tam był, tez nas nie zachwycił, chociaż trzeba przyznać, że duży i ładnie utrzymany - parcele jak w Heviz. Na wieczór dotarliśmy do Hortobagy, nocleg na jedynym tutaj campingu (dość drogi, dwie osoby z podłączeniem do prądu - ponad 6000 ft). jeszcze wieczorny spacerek, kawka i apetyczny muskat i można iść spać.
Nasza lokalizacja: N 47° 34.766, E 21° 08.913
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 130 km. Mapka trasy .
poniedziałek, 19 września 2011
Na wschód od Budapesztu
Rano przejechaliśmy na stronę węgierską i nad Dunajem zjedliśmy śniadanie. Później wzdłuż Dunaju, do Vyszehradu (śliczny zamek na górze), krótki postój w Szentendre i na autostradę M3 w kierunku wschodnim. Po drodze jakies małe jedzonko na jednym za parkingów. Pod wieczor dojechaliśmy do Egeru, odwiedziliśmy tzw Dolinę Pięknych Kobiet gdzie pan parkingowy powitał nas po polsku. Naleśniki i szukanie campingu. Jadzia zaprowadziła nas na przystanek autobusowy i stwierdziła stanowczo - "dotarłeś do celu" . Pojechaliśmy więc do Bogacs, stoimy na campingu.
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 230 km. Mapka trasy .
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 230 km. Mapka trasy .
niedziela, 18 września 2011
Budapeszt
Dzisiejsza pogoda mnie wykończyła. Rano było ładnie, słoneczko i niezbyt ciepło ale temperatura wzrosła dość szybko, dodatkowo było parno i duszno.
Rano wybrałem się HEV czyli kolejką podmiejską do Aquincum, pozostałości po starym, rzymskim mieście. Później w planach był spacer wzdłóż całej wyspy Małgorzaty ale zabrakło sił więc przejechałem ja autobusem miejskim.
Pakowanie, tankowanie i inne tego typu czynności i wyjazd do Sturova, po Ewę. Nocujemy w Sturovie, w tym samym miejscu co kilkanaście dni temu.
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 60 km. Mapka trasy .
Rano wybrałem się HEV czyli kolejką podmiejską do Aquincum, pozostałości po starym, rzymskim mieście. Później w planach był spacer wzdłóż całej wyspy Małgorzaty ale zabrakło sił więc przejechałem ja autobusem miejskim.
Pakowanie, tankowanie i inne tego typu czynności i wyjazd do Sturova, po Ewę. Nocujemy w Sturovie, w tym samym miejscu co kilkanaście dni temu.
Dzisiejsze fotki. Przejechałem ok 60 km. Mapka trasy .
sobota, 17 września 2011
Budapeszt
To miasto jak zawsze mnie zachwyca i to nie tylko swoja architektura, położeniem, przepięknymi widokami na Dunaj i przez Dunaj ale również i ludźmi.Prawie dwu milionowe miast, ruch na ulicach tutaj od kiedy pamiętam (pierwszy raz byłem tuta ponad 30 lat temu) był bardzo duży. A klaksonów nie słychać, nikt na nikogo się nie wydziera, wręcz przeciwnie, kierowcy jedni drugich wpuszczają a bocznych uliczek. Jak jakiś pieszy przechodzi przez jezdnie poza pasami to często kierowca się zatrzyma by go przepuścić. Byłem świadkiem, jak autobus miejski celowo wpuszczał samochody osobowe i to na węgierskiej rejestracji. Co więcej - wpuścił tez rowerzystę przed siebie - nie do pomyślenia u nas w Polsce, a szkoda. A tych Madziarów pozdrawiających mnie przez ostatni tydzień na drogach nie policzę. Ciężko się szukało geocachy, bo jak tylko się gdzieś zatrzymałem Mruczkiem to spod ziemi wyrastał jakiś człowiek (lub zatrzymywało się auto na węgierskich numerach) i oferował swoją pomoc.
Rano, po śniadaniu pojechałem na geocache do dzielnicy północnej czyli do Ujpestu. Trochę bloków jak u nas, trochę domków jednorodzinnych - sobota, więc cisza, spokój ruch niewielki więc ten spacer oceniam bardzo miło. Na drugie śniadanie zjadłem po drodze langosa w jakimś barku dla tubylców (tylko wysmarowany wyciśniętym czosnkiem - pycha) a na obiad zajechałem w okolice Placu Bohaterów. Koni zatrzęsienie, ludzi niestety też. Cały plac i okolice (centrum miasta) zamknięte. Dzisiaj były różne pokazy - ekwilibrystyka na koniach, różne formacje w historycznych strojach ale najlepiej było to widać na telebimach (bo oczywiście TV to transmitowała). Zjadłem sobie podwójna porcje zupki gulaszowej, popiłem szklanka szampana i na deser uraczyłem się wspaniałym, ciepłym, prosto z pieca ciastem z wiśniami. Jakby tego było mało na festynie pojawiła się oryginalna orkiestra cygańska (niestety, bez cymbałów) i zagrała między innymi oczywiście "OZO SIP) :) Ledwie żywy, już po ciemku, wróciłam na camping.
Dzisiejsze fotki. Postój
Rano, po śniadaniu pojechałem na geocache do dzielnicy północnej czyli do Ujpestu. Trochę bloków jak u nas, trochę domków jednorodzinnych - sobota, więc cisza, spokój ruch niewielki więc ten spacer oceniam bardzo miło. Na drugie śniadanie zjadłem po drodze langosa w jakimś barku dla tubylców (tylko wysmarowany wyciśniętym czosnkiem - pycha) a na obiad zajechałem w okolice Placu Bohaterów. Koni zatrzęsienie, ludzi niestety też. Cały plac i okolice (centrum miasta) zamknięte. Dzisiaj były różne pokazy - ekwilibrystyka na koniach, różne formacje w historycznych strojach ale najlepiej było to widać na telebimach (bo oczywiście TV to transmitowała). Zjadłem sobie podwójna porcje zupki gulaszowej, popiłem szklanka szampana i na deser uraczyłem się wspaniałym, ciepłym, prosto z pieca ciastem z wiśniami. Jakby tego było mało na festynie pojawiła się oryginalna orkiestra cygańska (niestety, bez cymbałów) i zagrała między innymi oczywiście "OZO SIP) :) Ledwie żywy, już po ciemku, wróciłam na camping.
Dzisiejsze fotki. Postój
Subskrybuj:
Posty (Atom)





